Brak

Czarne książki z białymi napisami, leżały u jego stóp. On kołysankę nucił pod nosem, kołysząc się na boki. Zatykał uszy delikatnymi dłońmi. Czarne książki kartkowały się samoistnie. On wciąż kołysankową wymrukiwał melodie… Cały pokój obrośnięty był czarnymi kwiatami. Czarne motyle trzepotały smutnie skrzydłami. Czarne pszczoły zapylały czarne wnętrza kwiatów. Owady były bezoczne. Usiadła obok niego postać konturowa, bez człowieczego ciała. Książki kartkowały się coraz szybciej, tworząc chłodny powiew. On skromnie ułożył głowę na konturowych kolanach. Zapłakał. On przestał nucić, ale kołysankę, wciąż było słychać. Teraz to była piękna kołysanka śpiewana kobiecym głosem, głosem wydobywającym się z rysikowych konturów ust. Melodyjna, usypiająca… Czarne motyle, czarne pszczoły i czarne kwiaty przemieniły się w tiulowy, czarny koc, którym konturowa postać przykryła chłopca leżącego na jej kolanach. Kołysanka dobiegła końca. Kartki książek przyspieszyły, powiew stał się mroźny. Konturowa postać zaczęła zanikać. Kartki od pędu wyrwały się z książek i latały po pokoju. Rysikowa postać złączyła się w jedność z mroźnym powiewem. Książki się uspokoiły. Zamknęły swoje ciężkie, czarne okładki. Cała czerń uleciała z małego pokoju. Został tylko leżący chłopiec, którego czarne łzy znaczyły białą poszewkę poduszki. Został tylko leżący chłopiec, którego usta mamrotały “Mamusiu… Mamusiu…”.

Żenujący żart prowadzącego…

Przygaszone światła w pociągu, ściągnięte buty, nogi szlachecko wywalone na siedzeniu. Słuchawki jak pszczoły zagnieżdżone w usznym ulu, grają jakiś szlagierowy utwór Lorda Hurona. Na stoliku leży książka “Cała Jaskrawość” Edwarda Stachury. Spoglądam na uciekający krajobraz, spoglądam na mgliste niebo. Na pędzące chmury. Dziecinnie CHCĘ, chcę do nich. Chcę ich beztroskę, chcę ich brak myśli. Chcę ich wolność. Zamykam oczy. Na chwilę wymykam się obecnością ze świata… Zaczynam wirować, wykrzywiać się pod wpływem szturchania definitywnie ręcznego, człowieczego. Konduktor prosi o pokazanie biletu zezwalającego na podróż owym pociągiem.

-Sprawdzane u Pana było?

-Nie, chciałbym kupić bilet. Kasa była nieczynna

-Dobrze. Nie mógł Pan zgłosić wcześniej? Będę musiał doliczyć osiem złotych kary.

-Zapomniałem, przepraszam. – I tu właśnie zacząłem się zastanawiać, myśleć nad sensem słów konduktora. Muszę zapłacić karę za to, że korzystam z ich firmy jako przewoźnika. Paradoks?

– Dokąd?

– Szczecin Główny, pracowniczy, 511 – kod spółki.

– Ok.

– Ile płacę?

– 100 euro – konduktor się uśmiechnął, a ja, no cóż powtórzyłem pytanie.

– Ile płacę, bo nie zrozumiałem

– Wszystkie pieniądze.

Nota od Autora.

Czy tylko mnie drażnią żenujące żarty przy kupnie biletu?! Dziękuję, dobranoc 🙂

Dziwni 5

5.

Sklep spożywczy, godzina 14:45

Minęło kilka dni od śmierci pani Hydrantowej. W tym czasie Katarzyna pogodziła się z jej odejściem i śmiercią. Katarzyna była na pogrzebie. Stała na uboczu, płakała. Ale to były łzy dobre, łzy żegnające, łzy oczyszczające. Ostatnia podróż Pani Hydrantowej w głąb ziemi. Ostatnie kwiaty, upadające dźwięcznie na wieko trumny. Ostatnia podróż w nieznane… W Katarzynie pękła kula żałości, rozlała się po ciele i uszła. Kasia poczuła się tak jakby ktoś z niej wyszarpał cały smutek, inaczej mówiąc Kasia poczuła ulgę. Jakiś niedoceniony w świecie literatury i wszelkich dziedzin cytatowych człowiek rzekł kiedyś, że w sklepie monopolowym najczęściej kończy się piwo, papierosy i chleb. Tak więc zaczął się dzisiejszy katarzyni dzień w pracy. Od układania chleba, piwa i papierosów na półkach. Wykonywała ruchy półkuliste, kucającę, obracające. Wyglądała niczym baletnica nakręcona za pomocą metalowego motylka i kręcąca się w rytm pozytywkowej muzyki. Zaczadzona w oparach pracy nie usłyszała dzwonka oznaczającego wchodzenie klienta do sklepu. Tak zakręciła się w tańcu pracy, że nie czuła obecności człowieka stojącego blisko niej. Włożyła ostatnią butelkę wyznaczającą koniec jej pracy do lodówki. Wracając do rzeczywistości została uderzona widokiem Ziemka. Zarumieniła się. Stał bardzo blisko jej ciała. Dlaczego tylko blisko ciała? Bo dusze tych Twoje połączyły się już, tuż nad ich głowami. Dusze nie były ograniczone wstydliwością, moralnością i całą tą ludzką papką, która zabrania miłości pierwszowejrzeniowej rzucić się w ramiona. Stali nie przerywając ciszy. Brzęcząca mucha została rażona Bożym piorunem, by nie przerwała tej cudownej chwili. Kasia czuła zbliżającą się korytem ocznym rzekę łez, bo Ziemek był strasznie blady, wyniszczony. Smutne miał oczy, cierpiące, wypełnione bólem, ale takie były ładne, takie dziewicze. Ziemek z tego bólu dogłębnego nie mógł odnaleźć słów. Katarzyna położyła dłonie na uszach Ziemka i przyciągnęła jego głowę do siebie. Ułożyła prawy bok jego głowy na obfitych piersiach i głaskała go po włosach i twarzy. On szeptał do niej uniesiony miłością i jej elektryzującym dotykiem “Kasiu… Kasieńko… Moja Ty… Najdroższa”. Czas przestał istnieć, przestał być. Sklep zamienił się w piękną, zieloną górską dolinę, wysmarowaną uroczymi żółtymi mniszkami i białymi stokrotkami. Oni stali nadzy, trwający w pozie miłości. Czas przestał istnieć…

Dziwni 4

4.

Mieszkanie Katarzyny, godzina 17:48

Katarzyna pierwszy raz zderzyła się z przypominaczem kruchości naszego życia. Katarzyna jak każdy z nas, po takim zderzeniu, zaczęła myśleć o intencjach naszej egzystencji. Zaczęła zadawać pytania wręcz wyszorowane z ust najprzedniejszych filozofów. Czy mamy dusze? Co dzieje się z nami po śmierci? Przecież nie możemy tak zwyczajnie być i w kilka sekund nie być. Nie mieściła się w Katarzyniej głowie cała ta śmierć. Widziała Panią Hydrantową, rozmawiała z nią, śmiały się. A tu nagle cisza. Upadek, nieruchome oczy i koniec. Koniec życia Pani Hydrantowej. Koniec mordęgi codzienności, koniec wyczekiwania dnia emerytury, koniec brania leków, koniec bólu i tęsknoty. Koniec wydefiniowany. Wróciła do męża. Zastanawiała się jak to jest z tą śmiercią naprawdę, czy umieramy w momencie śmierci ciała, czy może dzieje się to dużo wcześniej. Czy można umrzeć i żyć jeszcze kilka lub kilkadziesiąt lat? Głowa Katarzynie trzeszczała od tych myśli pchający się do tej infantylnej główki. Do tej beztroskiej nienaruszonej wrażliwości. Pchały się myśli natarczywie jak rozwścieczone szerszenie, pluły trucizną, kąsały, dusiły. Katarzyna musiała wygrać z nimi walkę, więc jak strażak wyjęła jako swoją gaśnicę te zdjęcie pani Hydrantowej, ten zlepek wyobraźni,. Piękne oczy miała młoda pani Hydrantowa na tym zdjęciu. Takie pełne szczęścia… Takie świeże jak pierwsze jabłka w zaczerwienionej skórce, jak ukazujące się błękitne niebo, po kilkudniowym tłukącym ziemię deszczu. Przytuliła Katarzyna to zdjęcie do swojej piersi, do tej piersi unoszącej się pod wpływem rwanego żałobnego szlochu. Katarzyna kołysała się siedząc na podłodze. Nie mogła wykołysać tego ciężaru, nie mogła zasnąć, nie mogła… Nagle zerwała się z abażurowego otępienia. Ziemek, mój najdroższy. Ziemku mój ukochany. Wyjęła jego twarz wyobrażoną z kieszeni fartuszka. Tak pięknie się uśmiechasz… Takie masz te oczy bezbronne, taką twarz dopracowaną… Twarz Ziemka przelewała się przez rozgrzaną dłoń Katarzyny jak wosk oblizywany przez płomyk ognia świeczkowego. Ziemku, proszę nie zostawiaj mnie, zostań tu ze mną, proszę. Wpatrzona Katarzyna przemawiała jakby opętana, jakby dusza jej chciała wyrwać się do tych oczu ziemkowych. A Ziemek nie mógł powstrzymać swojej śmierci wyobrażonej i dalej brnął w rozpuszczanie się, zwijał się jak podpalony negatyw. Ziemku, proszę, zostań przy mnie, prosiła opętana Katarzyna. A z Ziemka wyobrażonego została już tylko woskowa plama na podłodze znajdującej się między kolanami Katarzyny. Ziemek… Ziemku… Zaryczała Katarzyna uderzona podwójną stratą…

Dziwni 3

3.

Mieszkanie Ziemowita godz. 18:30

Wyszedł Ziemek wywaletowany na skromny balkon swojego mieszkania. Nie wstydził się golizny, bo jesień końcowa już zgarnęła promienie słoneczne jak sroka do wora. Ziemek zaciągnął powietrze w płuca i pozwolił jesieni – tej sroce przeklętej zamieszkać na chwilę w swoim ciele. A ona już, jak to jesień, dziury w nim dziobem robić zaczęła. Dziury żałości, dziury wspomnień i tęsknoty za czymś, czego Ziemek przypomnieć sobie nie potrafił. Dziury te struła zapachem zgniłych liści. Zapach ten pobudził ukryte lękliwe duszki Ziemka. Zdawały się one wychodzić z jego uszu, pach i krocza. Siwe, rozciągnięte, zdziwione twarze, jakby okopcone, jakby dymne, lecz nie ulotne, nie znikającę. Duszące powoli jak czad. Nie mógł żyć z nimi Ziemek, bał się tych twarzy. Nie wiedział, czy to jego urojenia, czy to jakieś dusze umęczone kierujące się do nieba. Nie wiedział. Nie lubił gdy go odwiedzały. Nienawidził ich, za ten strach paralizujący, który wstrzykiwały mu w jego całe ciało, w jego całe ja. Z całego miesiąca tylko tydzień życia mu dawały. Tylko na jeden tydzień gdzieś się zaszywały, a może były do tego stopnia zawistne, że specjalnie usypiały czujność Ziemka. Pozwalały mu poczuć normalność życia codziennego. Pozwalały mu zbudować nadzieję mówiącą “one już nie wrócą, mówię Ci stary – odeszły na zawsze”. Pozwalały mu na uśmiech i poczucie spokoju. I po tej swobodzie z powrotem mobbingował jego umysł. Łapały go za podgardle, rzucały umęczone ciało na podłogę i wyły straszliwie, dźwiękiem jakimś podziemnym, piwnicznym, spleśniałym. Ziemek wołał pomocy, krzyczał, krzykiem przenikającym, mrożącym krew w żyłach. Sąsiedzi kilka razy interweniowali w tej sprawie, ale po otwarciu drzwi, widzieli tylko mężczyznę tarzającego się po ziemi, trzymającego się za szyję i krzyczącego “Pomocy! Proszę! One mnie uduszą! Uduszą! Pomocy! “. Nie dostał Ziemek nigdy żadnej pomocy od sąsiadów wystraszonych. Odchodzili zawsze z oczami spuszczonymi ku Ziemi, jak gdyby szukali w niej spokoju. Odchodzili ze skórą napełnioną strachem, skórą, która wypiętrzała się od tego strachu i niezrozumienia. Odchodzili naznaczeni bąblami przerażenia. Oczami pełnymi słów nie brzmiących, niewypowiedzianych. Jedno słowo w nich tylko było wymalowane, pięknymi, czytelnymi pociągnięciami pędzla. “Wariat”. Odchodzili… Zamykając za sobą drzwi. Odchodzili obdarci z wrażliwości człowieczej. Skruchę chowali do kieszeni pełnej jaskiniowej pustki. A Ziemek i tym razem leżał szamocząc się z tworami swojego umysłu. Krzyczał, bo te szare widziadła wyssały mu gębami swoimi gałki oczne, czuł się jakby wyssały z niego życie. Umierał, ale nie odchodząc ze świata Bożego. Umierał, ale żył, bowiem mary zabić go nie chciały. Bowiem po uśmierceniu Ziemka, kogo miałby dręczyć tym tańcem okrutnym?

Dziwni 2

2.

Sklep spożywczy godzina – 6:00.

Poranna zmiana w sklepie jest pracowita. Powoduje to świeże pieczywo. Świeże mięso. Świeże warzywa. Ogólnie w sklepach z rana wszystko jest świeże. A my ludzie bardzo lubimy świeże produkty, bo przecież taka chrupiąca skórka chleba czy chrupiąca bułka. To istne śniadaniowe delicje. A świeża szyneczka, dla nas jako pierwsza wyciągnięta z otaczającej jej plastikowej folii, pokrojona w cieniutkie plasterki czyż to nie ptasie mleko dla naszego podniebienia? A jeszcze takie świeże mięsko, takie mięsne, harde żeberka. W domowym sosie z buraczkami i świeżymi ziemniakami – cudowne! Panna Katarzyna, więc opuściła swoją pachnąca, świeżą domową pościel, by podać ludziom te wszystkie świeże dary. Pierwsza zjawiła się pani hydrantowa.

-Dzień dobry Pani Katarzyno!

– A, dzień dobry Pani Hydrantowa, dzień dobry… – rzuciła sklepowa przez ramię, bo akurat układała chleby na regale.

– Widzę, że dzisiaj ma Pani urwanie głowy – troskliwie zauważyła pani Hydrantowa

– A z rana to tak zawsze. To piekarnia, to warzywa, to nabiał.

Pani Katarzyna, przetarła chusteczką spocone czoło, opadający samotny kosmyk włosa uroczo przeniosła z czoła za ucho. Weszła za ladę i spytała jakie produkty chciałaby nabyć pani Hydrantowa.

-Kochanie poproszę trzy bułeczki, tylko takie nie za duże i koniecznie z piekarni Piotrowskiego. A czy ta kiełbasa śląska to dzisiaj otwierana?

– Pani Hydrantowa dosłownie przed pani wejściem otworzyłam, dzisiaj przywieziona. Świeżutka. – w odpowiedzi sklepowej dało słyszeć się delikatny sarkazm, taki puszkowaty sarkazm, na którego klientka nie zwróciła swej uwagi.

– To niech będą dwa pętka. Jajecznice usmażę z kiełbasą. Zjem sobie na śniadanie.

– Ale mi Pani narobiła smaka! – zaśmiała się szczerze Katarzyna.

– A co będę sobie żałować – machnęła ręka Pani Hydrantowa i również się zaśmiała.

– Czy to wszystko Pani Hydrantowa?

– Tak kochanie, wszystko.

– To będzie dziesięć złotych i dwadzieścia groszy.

– Ale ze mnie gapa, jest już może mój miesięcznik?

– Już patrzę. Śpieszy się Pani, Pani Hydrantowa? – zapytała Katarzyna

– A mi się już nigdzie nie śpieszy. Człowiek stary już nikomu niepotrzebny to i śpieszyć się nie musi. A czemu pani pyta?

Katarzyna przeglądała prasę w poszukiwaniu miesięcznika. Zatraciła się w przerzucaniu tych kolorowych gazet wypełnionych ważnymi, mniej ważnymi i prostacko gównianymi informacjami. I tak między tymi gazetami, między tym szuraniem papieru, ukazała się przystojna twarz Ziemowita. Pani Katarzyna do ręki tą twarz wzięła i oglądała ze wszystkich stron, tak jak się ogląda jakieś świecidełko. Głaskała tą twarz delikatnie, głaskaniem tym tworzyła jakąś miłosną więź.

-I jak Pani Kasiu, jest ta moja gazetka?

-Tak, tak już mam. – Katarzyna schowała twarz Ziemowita do kieszeni swojego fartuszka, by później gdy będzie miała chwilę przerwy jeszcze raz popatrzeć w te ujmujące zielone oczy.

– Pytała mnie Pani czy mam czas, tak mam bardzo dużo czasu, nie śpieszy mi się.

– Miała mi Pani ostatnio opowiedzieć jak męża poznała.

– A no tak, chętnie opowiem. Tylko najpierw zapłacę za zakupy. Ile się należy ?

– Szesnaście dwadzieścia.

Pani Hydrantowa wyjęła portfel, z małej kieszonki wyjęła zwinięte sto złotych i podała Katarzynie do ręki.

-Oj, nie ma Pani troszkę drobniej?

– Kochanie to moje ostatnie pieniążki, dopiero za tydzień ma być emerytura.

– To Pani przez tydzień za sto złoty żyć będzie?

– Wyjścia innego nie mam, ale mi dużo nie trzeba. Wystarczy mi, spokojnie.

Sklepowej tak jakoś ciężko zrobiło się na sercu, gniótł ją smutek, jakaś żałość szarpiąca rozpłynęła się po ciele. Musiała westchnąć sobie, by upuścić trochę tej żałości, by przestała ona wpychać się do oczu. Nie chciała zapłakać. Tylko jedna mała łza zaczęła brodzić po zaróżowionym policzku, jedna samotna łza.

-Ciężko w to uwierzyć – Katarzyna wydała resztę nie podnosząc głowy. Wpatrywała się jednolicie w cyfrowy wyświetlacz kasy fiskalnej.

– A co Pani głos tak posmutniał? – zmartwiła się pani Hydrantowa.

– A tak jakoś, bo ciężko jest ludziom na świecie i pani z tymi sto złotymi ciężko być musi przecież.

– Kochanie, inni ludzie mają dużo ciężej. Nie ma co narzekać. Młoda jesteś, śliczna, malowana jak Jagusia Reymontowska. Jeszcze całe życie przed Tobą. Nie ma co płakać. Mi te sto złoty naprawdę wystarczy kochana, jeszcze na następną emeryturę mi coś zostanie. Wrażliwa jesteś, to piękna cecha. Ale nie możesz tak się przejmować.

– Dobrze pani Hydrantowa, dobrze. Już mi lepiej. – otarła łzę Katarzyna. – To opowie mi Pani jak poznała męża?

– Tak, kochana tak. – Pani Hydrantowa zbierała myśli, łapała je powoli jak dzieci łapiące muchy do słoika. Wyciągała je z całej siebie, a one bystro czmychały jak wszy. Nie wszystkie chciały zostać złapane, nie chciały wyjść na powierzchnię. Wolały zostać w piwnicy wspomnień. Kilka udało się wyszarpać, kilka myśli odległych, wymazanych czasową gumką. Przezroczystych. Tak jak odtwarza się napisy przy użyciu ołówka. Tak teraz Hydrantowa swoim skupieniem odnowiła swoje wspomnienia. Wyjęła je i ułożyła na dłoni, patrzyła na błyszczący telewizyjnie obraz, obraz wyświetlający, krzepkiego młodzieńca trzymającego się prawą ręką pod bok, lewą natomiast luźno trzymał na drewnianej ścianie prawdopodobnie ścianie stodołowej. Szczery uśmiech młodego chłopaka wypełniał cały obraz, od patrzenia uśmiechnęła się i Hydrantowa. Gdyby tylko udało się wrócić do Ciebie Kochany mój. Wszystko bym oddała, byś znów złapał mnie w swój niedźwiedzi uścisk, byśmy znów zatańczyli wśród trawy łąkowej, by te ptaszki poranne znów dla nas wyoperowały piękne pieśni. Kochany mój… – szeptała do siebie z cicha pani Hydrantowa. Przygniotły ją te wspomnienia, zakołysała się na nogach. Serce starej kobiety nie wytrzymało, wyrwało się z niej z tej tęsknoty za ukochanym. Pani Hydrantowa przestała istnieć w życiu. Odeszła.

– Pani Hydrantowa, proszę, proszę wstać. – Katarzyna zaczęła panikować, lecz opanowała trzęsące ręce i zaczęła reanimować Hydrantową, lecz na nic już Kasienne wysiłki, bo Pani Hydrantowej już nie było w tym sklepie, nie było jej w tej udręce życiowej. Pani Katarzyna przez łzy próbowała tknąć życie, ale na nic to się już nie zdało. Wezwała pogotowie. Nie czuła pulsu, wiedziała już, że nic tu nie pomoże. Siedziała przy pani Hydrantowej i śpiewała jakąś kołysankę z dzieciństwa. W pewnej chwili spojrzała na rękę pani Hydrantowej w tej której trzymała to zdjęcie wyobrażone. Wzięła je pani Katarzyna nieśmiało w swoją rączkę. Zobaczyła na zdjęciu krzepkiego młodzieńca trzymającego się prawą ręką pod bok, a lewą obejmującego młoda uśmiechnięta panią Hydrantową.

Dziwni

1.

Sklep spożywczy. Godzina – któraś z popołudniowych. Pani Katarzyna za ladą.

– Witam Panią Katarzynę! Jak Pani dzisiaj ładnie wygląda! – przywitała się ze sklepową Pani Hydrantowa – polonistka emerytowana.

– A dziękuję, dziękuję – zarumieniła się tiulowo Panna Katarzyna.

– Naprawdę przyjemnie się na Panią patrzy. Taka Pani jeszcze młodziutka… – zamyśliła się Pani Hydrantowa. W tym zamyśleniu trwała dłuższą chwilę. Westchnęła.

– Co tak się Pani zamyśliła? – wylała się ciekawość z Pani Kasi.

– A przeniosłam się na chwilę w swoje lata młodości. Też miałam takie długie włosy jak Pani.

Takie dołeczki w policzkach… Piękne lata.

– A męża jak Pani poznała? – ależ ta panna Katarzyna była ciekawska

Do sklepu wszedł mężczyzna.

– Dzień dobry – wymamrotał wstydliwie.

– Dzień dobry – odpowiedziały równo obie Panie, nie zwracając większej uwagi na tego człowieka, który swoją obecnością wytrącił naszą Polonistkę z owego zamyślenia.

– Innym razem, pani opowiem. Muszę iść. – posmutniała pani Hydrantowa i udała się do wyjścia.

– A zakupów Pani nie zapomniała zrobić? – przejęła się sklepowa.

– Innym razem, innym razem dziecko. – Machnęła Pani Hydrantowa ręką i wyszła.

– Prze… Prze… Przepraszam.

Pani Kasia odwróciła głowę i wlepiła wzrok ze swoich pięknych, dużych niebieskich oczu. W Pana, który niewątpliwie nie jest zdecydowany i potrzebuje pomocy.

– Tak?

– Czy mają Państwo może lep na muchy? – mężczyzna patrzył w podłogę i kręcił śródstopiem bączki w podłodze. Uroda Pani Katarzyny, przebrała naszego Pana z powrotem w szkolny fartuszek.

– Tak mamy. Już Panu pokazuję – Pani Kasia wyszła zza lady. Fartuszek miała skąpy.

Nasz mężczyzna, czerwonością przebił zachodzące słońce. Z tej czerwoności jeszcze większe zataczał koła stopą i z tej czerwoności za Panią Katarzyną nie poszedł.

– Proszę, tutaj są. Jakby Pan był tak miły, bo nie mogę dosięgnąć – sklepowa wołała mężczyznę stojąc na paluszkach swoich stóp. Próbowała sięgnąć lep z najwyższej półki.

Nasz zawstydzony Pan, sięgnął do najwyższej półki, ale przez swoją wstydliwość stał się nieporadny, przez co, zwalił na ziemię wszystko co na tej półce się znajdowało. Lepy na muchy, trzy rolki szarego papieru toaletowego, styropianowe składane samoloty ulokowane w plastikowym pojemniku. Krem Nivea w metalowej puszeczce. Kępę kurzu i śpiącego pająka.

– Oj, przepraszam, panią bardzo. Już zbieram. – próbował ratować swoją nieporadność wstydliwiec.

– Nic się nie stało – Pani Katarzyna uklęknęła na podłodze i również zaczęła zbierać rozrzucone rzeczy.

Mężczyzna wypełniwszy ręce produktami odłożył je na półkę. Spojrzał na zbierająca kobietę. Fartuszek przy zbierających ruchach podsunął się ku górze i odsłonił paski trzymające pończochy. Teraz dopiero Pan zaczął tą stopą wywijać już nie kółeczka, tym razem koła – istne hula – hop. Wyobraził sobie Panią Katarzynę jako swoją pierwszą szkolną miłość, jak jego kręcącą stopa zmienia się w kręcąca skakankę. I jak jego pierwsza miłość dziewczynka w sukieneczce i mundurku przeskakuję bystro przez ową przeszkodę. Jak podskakują jej dwie kitki. Jak śmieję się dziecinnie. Jak śmieję się dziecinnie…

-Gotowe – słodki głos wyrwał wyobrażoną skakankę z ręki mężczyzny i cisnął ją o ścianę sklepu rozbryzgując ją na mikro – diamenciki, które poturlały się po melanżowych, gresowych płytkach i zatopiły się w niezauważalny dla człowieka wymiar

– Dzisiaj chyba wszyscy tacy bujający w chmurach – dodała Katarzyna, trzepiąc kolana ręką, w celu wytrzepania kurzu.

– Przypomniała mi Pani moją pierwszą miłość… – pod nosem wymamrotał te sentymentalne słowa wstydliwiec.

– Słucham?

– A nic… nic, nic. Ile płacę za ten pechowo zdobyty lep?

– Cztery, czterdzieści dziewięć.

Mężczyzna wyjął czarny portfel z tylnej kieszeni jeansów. Wyjął z niego dwudziestozłotowy banknot, położył go na bilonownicy.

-Reszty nie trzeba.

– Bez przesady. Proszę zaczekać. Już wydaje resztę.

– Nie naprawdę. To za kłopot. Do widzenia.

Mężczyzna wyszedł już za drzwi sklepu i ruszył w kierunku południowym, drogą zwaną kawalerów. Na samym końcu tej drogi znajdowało się mieszkanie naszego wstydliwca. Kawaler mieszkający w kawalerce przy drodze kawalerów. Życie lubi z nas żartować. Oj, bardzo lubi i do tego wychodzi mu to szczytująco dobrze. Ze sklepu sukurs za nim ruszyła Katarzyna krzycząc by zaczekał na resztę. On odkrzyczał, bo znajdował się stosunkowo daleko, że to dla niej na przeprosiny. Krzyk chyba ożywił naszego mężczyznę, bo wykrzyczał jeszcze, że jest piękna i miła i że Ziemek mu na imię. Ona rozerwała swoją buzię pięknym uśmiechem i odkrzyczała, że miło jej go poznać. Pomachała mu i przy machaniu tym serdecznym, wręcz ognistym. Strzelił jej guzik w fartuszku odsłaniając czerwony koronkowy stanik. Na dźwięk uderzającego fartuszkowego guzika o chodnik, że wszystkich mieszkań na ulicy kawalerskiej wyłonili się z okien mężczyźni i w tych oknach w roznegliżowanych torsach zaśpiewali.

“ Kasieńko nasza kochana

skąpo, oj skąpo ubrana

Tyś najpiękniejsza sklepowa

Tylko u Ciebie bułki będziem kupować.

Pokaż nam tylko trochę staniczka

I tych słodkich nóżek daj

Najpiękniejsza w świecie na na na na naj”

Panna Katarzyna roztańczona i w figlarnych pozach, pokazuję to troszkę staniczka, to troszkę nóżki. Lubi Panna Katarzyna siebie, lubi komplementy, więc jeszcze raz pokaże troszkę więcej nóżki, troszkę więcej staniczka. A mężczyźni w opalonych torsach jeszcze głośniej wyśpiewują.

“ Kasieńko nasza kochana

skąpo, oj skąpo ubrana

Tyś najpiękniejsza sklepowa

Tylko u Ciebie bułki będziem kupować.

Pokaż nam tylko trochę staniczka

I tych słodkich nóżek daj

Najpiękniejsza w świecie na na na na naj”

-Przepraszam, Panno Katarzyno chciałam proszek do pieczenia kupić. Czy mogłaby Pani wrócić do sklepu?

Mężczyźni z okien powyciągani, wrzuceni do wielkiego wora. Rzuceni o ścianę rozpadli się na miliony mikro – diamencików. I te diamenciki zniknęły, zatopiły się w wymiar niewidoczny dla ludzkiego oka.

-Tak Pani Nowakowa już wracam. Zamyśliłam się. – spojrzała panna Katarzyna jeszcze raz tęsknię na drogę kawalerską i udała się do sklepu.

– Dzisiaj jacyś wszyscy zamyśleni – zauważyła Pani Nowakowa.

– Nieszczęśliwi… – myszkowato pod noskiem powiedziała to Katarzyna

– Słucham?

– A nic… zupełnie nic. Proszę – wpuściła sklepowa, klientkę przodem i zamknęła drzwi sklepu