Ściana

       Nocna głowa potulnie ułożona, w ułożeniu leżącym na poduszce. Poduszka pachnąca wywietrzeniem matczynym. Pusta głowa, okryta gwieździstym światłem nocy. Zaczyna śnić. Śni snem pustynnym. Śni ciemnością. Granatowe powieki opuchlizną śmierdzące, unoszą się roletowo ku górze, odsłaniając puste oczodoły. Dziury. Studnie bez marzennej wody. Studnie bez korytarzy nadziei. Otwarte usta wypuszczają duszę wrażliwą. Wypluwają te usta, tą mglistą maź w przestrzeń korytarzy kończących. Nocna głowa umiera nieświadomie. Nocna głowa z odessanym życiem… Żyje, żyje, ŻYJE!

Monotonia

„Monotonia”

W pokoju mieszkaniowym stoi skórzana kanapa. Na skórzanej kanapie siedzi trójka skórzanych mężczyzn. Przy prawej poręczy patrząc na kanapę od przodu, stoi pies. Zaś przy lewej poręczy kanapy stoi skrzynka bez butelek piwowych. Butelki wypełnione chmielową cieczą mają wytypowane miejsce w dłoniach mężczyzn, którzy siedzą na kanapie. Męskie trzyparowe oczy wpatrują się w telewizor na którego ekranie sygnał wyświetla kabarety. Żarty kabareciarzy są płytkie, a mężczyźni mimo tej płycizny topią się w nich, krztusząc się i pryskając. Między ciągiem komunikacyjny kanapa – telewizor umieszczona jest ława. Na ławie ustawione są trzy miski i jeden płaski talerz. Catering dla wysoko postawionego towarzystwa przygotowała małżonka mężczyzny ulokowanego w środkowej części kanapy. W miskach znajdują się chipsy mające różne smaki. Małżonka czyta książkę siedząc przy kuchennym stole obłożonym ceratowym obrusem. Czyta Harlequina w białej okładce. Podczas czytania łzy ukazały się w jej oczach brązowych, łzy tęsknoty za czymś odległym, łzy z powodu nie spełnienia marzeń, ależ ona kiedyś pięknie tańczyła, zdobywała medale. A jej mąż jaki był kiedyś gibki, jakie przechodziły ją dreszcze gdy łapał ją silnie za biodro. Mąż też w młodości był tancerzem. Tak też się poznali… A jakie piękne wiersze dla niej pisywał. Wszystko to im odebrało długie życie, w którym człowiek ugina się pod monotonią zajęć. Życie w którym wolne ptaki, wrażliwe dusze, jesienne liście nie mogą sobie poradzić. Długość życia jest ciężka dla wrażliwych serc, serca te umierają szybciej niż ciała. Serca te zapadają w sny zimowe z których ciężko je wybudzić. Dzisiaj w tej kruchej kobiecie serce zaczęło się wybudzać. Krew zaczęła żwawo poruszać się po tych torach żyłowych. Ręce gibkie drżeć zaczęły, jakby ze strachu jakiegoś. Kobieta przesunęła stół na środek kuchni. Wskoczyła na niego bosymi stopami i silnie krzyczeć zaczęła. To małżonkowe wydzieranie się poruszyło męża siedzącego w pokoju. To darcie żony przedostało się przez jego uszy do serca uśpionego. Mąż zerwał się z kanapy. Obudził się z monotonnego letargu. Wyprostował się w wyprost taneczny i poszedł tanecznie do małżonki. Pięknie oni tańczyli w tej kuchni. Wyglądali jak dwa kwiaty, które kołysze ciepły wiosenny wiatr. Wirowali coraz szybciej jakby chcieli się unieść, jakby chcieli uciec z tego świata. Śmiechu i namiętności było wiele… Koledzy, kanapa, rozklekotany telewizor, piwo i cały ten nędzny pokój wszystko to zniknęło, wyparowało. Został tylko pies, w czarnej przestrzeni. Pies, który patrząc na tą scenerię wykrzyknął „Evviva L’arte”.

Król Karol

Mężczyzna wszedł do wanny. Do wanny pustej, bo wody jeszcze nie nalał. Patrzył bezcelowo na ścianę pokrytą niebieskimi kafelkami. Patrzył hipnotycznie, bez przerwy w jeden punkt, jakby te kafelki miały się otworzyć i wciągnąć go do innego rajskiego świata. Drzwi do łazienki trzy metrowo – kwadratowej, otwarły się. Pierwsze weszło wiadro od mopa, druga weszła żona.

-Mężu! – staromodnie rozpoczęła małżonka Małgorzata.

– Tak?

– Suń się, naleje Ci wody. Gorąca. Dzisiaj ostro nagrzali w grzejnikach.

Mąż próbował wykonać ruch suwający się, ale jak tego dokonać mając dwa metry, będąc w wannie jednometrowej. Mąż głowę głęboko wsadził między kolana, przyjmując żółwiową bądź też jeżową pozycję. Dzięki tej pozycji, między plecami, a wanną powstała szczelina. Żona przez tą szczelinę z wiadra, wodę grzejnikową, lekko rdzawą lać zaczęła. Mąż może i by syknął, bo woda parzyła mu plecy, może by zwyzywał żonę by poszła w diabły, ale on już nie krzyczał, krzyk już nie żył w tym człowieku, by krzyczeć trzeba mieć przysłowiowe jaja, a on nie czuł żadnych jaj, żadnych jąder, żadnego testosteronu. Mężczyzna zaczął myć się, tarł rękoma spracowane ciało. Szorował mętnie, ruchami kulistymi. Żona znów dolała wrzącej wody do wanny.

-Jak Karolku? Woda aby nie za gorąca? – spytała pieszczotliwie żona.

– Gorąca… – ciężko odpowiedział mąż Karol.

– To ja tu się męcze z tym pierdolonym wiadrem, a Ty narzekasz? Ja ci dam za gorąca… Ja ci dam skurwysynu! – wyprowadzona z równowagi żona trzasnęła drzwiami i udała się z delikatnie podniesionymi kącikami ust do kuchni. Tam odkręciła najzimniejszą wodę jaką miała. Napełniła wiadro i z powrotem do swojej miłości Karolowej wróciła.

– Proszę Karolku! Teraz jest odpowiednia! – zaczęła lać tę lodowatą wodę na mężowe plecy. – Teraz Ci zimno głupi chuju?! – Żona dorzuciła do tego lodowatego strumienia trochę swojego jadu ślinianego. – Słyszysz?! – dopytywała oczekując odpowiedzi od tego człowieczego worka, ale nic nie doleciało do jej uszu, żaden choćby jęk. To żonę rozzłościło jeszcze bardziej i do wodnego poniżenia dołożyła jeszcze poniżenie fizyczne. Pięści, paznokcie i stopy spadały teraz na te wykończone mężowe plecy.

– Chujuuu! Słyszysz? – syczała w szale bujczym. Rozładowawszy emocje, poleciała znów po zimną wodę i znów na tego człowieka lać ją zaczęła. A mąż Karol znieść już tego nie mógł, więc pod wpływem zimnej wody postanowił się kurczyć. Stawał się coraz mniejszy. Wyciągnął korek blokujący odpływ. Dalej się kurczył, aż w końcu postanowił uciec przez odpływ z tego życia zmarnowanego. Odpłynął w inny „różany” świat.

Drabiniasta nadzieja.

Rozdział 1

„Chodźcie, zbudujemy sobie miasto i wieżę, której wierzchołek będzie sięgał nieba”

Księga Rodzaju

Witam. Witam was serdecznie. Chciałem podzielić się z wami historią, która przydarzyła mi się kilka lat temu. Historią, która myślę, że mnie zmieniła, zmieniła mnie ze zbitku zwierzęcych mięśni w platońskiego człowieka z duszą. Stałem się człowiekiem, który zaczął się zastanawiać. A to ważna rzecz, umieć się zastanowić. Umieć przystanąć, gdy wszystko pędzi. Palacze muszą się dużo zastanawiać, bo oni bardzo często przystają. Muszą dużo myśleć. Tak mi się wydaje… Przepraszam, jeżeli jestem trochę rozklekotany w stylu pisania, ale niestety mało piszę. To jest moja pierwsza historia. Z języka polskiego miałem same tróje, mimo że lubiłem ten przedmiot. Ze szkołą już chyba tak jest. Dopiero po jej zakończeniu, uświadamiasz sobie, że może jednak warto było się przyłożyć? Tak, tak wiem, że szkoła jest dość segregująca, ale jednak można było… Dobrze. Wracam do historii, która mi się przydarzyła. Mam żonę i dwójkę synów. W ciepłych miesiącach zawsze jeździmy na weekendy na działkę oddaloną od miasta. Mamy tam drewnianą altanę, chłopakom zrobiłem boisko do piłki nożnej. Ta działka to taka nasza ostoja, ucieczka od nie umierającego miasta.

Tamtego weekendu, chłopaki chorowali na ospę wietrzną, więc żona została z nimi w domu, a ja przyjechałem sam. Miałem okazję zreperować dach i pomalować płot. Obudziłem się w sobotę rano. Wyjąłem zimne piwo z lodówki, wyszedłem na taras i wtedy go zobaczyłem… Tak właśnie zaczyna się ta historia. Zapraszam.

-Przepraszam… Czy mógłbym się dowiedzieć co pan tutaj wyprawia z tą rozklekotaną drabiną?

– Próbuje dostać się jak to bywa z drabiną, próbuję panie, dostać się po niej na górę.

– To się rozumie, ale czy pan nie zauważył, że tutaj nie ma miejsca na drabiny. To czysta przestrzeń, zwyczajne pole. Totalna miastowa pustynia. Nie widzisz pan tego?

– Może dla pana, panie jest tutaj miastowa pustynia, dla mnie jest tutaj coś więcej… Zresztą… Proszę mi nie zawracać głowy. Chyba, że może ma pan jakąś niepotrzebną drabinę w altance. Chętnie od pana odkupie. Najlepiej drewnianą – lepiej się je wtedy łączy. Czemu pan się ze mnie śmieje? Przecież żartu żadnego nie opowiedziałem, ani w moim mniemaniu nic śmiesznego nie powiedziałem. Widzę, że dalej pan się śmiejesz… To niegrzeczne. Nie mam nic więcej panu do powiedzenia. Do widzenia…

– Przepraszam pana, ma pan rację, że to niegrzeczne, źle pana oceniłem. Myślałem, że z pana jest jakiś czubek, ale pan masz dumę, więc wnoszę, że czubkiem być pan nie możesz. Czubki raczej moja na bakier z dumą.

– Ha! Jeszcze czego? Czubek?! Panie ja byłem dyrektorem poważnej firmy, firmy poważnej produkcji. Firmy, która niestety upadła, tak jak i ja teraz upadam… Moja biedna Ania…

Dziwny mężczyzna upadł na kolana i zaczął płakać. Strasznie mi się żal zrobiło na widok tego człowieka. Chciałem go jakoś pocieszyć, a nic lepszego nie przyszło mi wtedy do głowy.

-Niech pan wstanie. Przypomniało mi się, że mam w starej altance drewnianą drabinę. Mogę ją panu przynieść.

Zadziałało. Podniósł się z kolan, przetarł ręką twarz by zmyć łzy i nałożyć na nią dumę.

-Dobrze. Chętnie ją od pana kupię. Proszę tu są pieniądze.

Wystawił w moją stronę dwa banknoty z nominałem dwustuzłotowym.

-Nie, proszę schować pieniądze. To i tak stara niepotrzebna drabina. Niech pan tutaj poczeka, już po nią idę.

– Proszę wziąć te pieniądze. Stara, nie stara. Nie chcę jałmużny. Nie jestem żebrakiem. Wiem, że trochę ostatnio się zapuściłem, broda, brudny garnitur, nieświeży oddech. Ale proszę mi uwierzyć, że jestem szanowanym człowiekiem, proszę wziąć pieniądze… Może pan to dla mnie zrobić?

Wyprostował się. Poczułem się jak uczniak, taki bił szacunek z jego twarzy, że miałem ochotę powiedzieć „Tak, psze Pana” pochylić głowę i odejść, ale odpowiedziałem dość szorstko.

-Dobra, da Pan te pieniądze…

Odwróciłem się i poszedłem do altanki po drabinę.

Odchodząc, rzuciłem przez ramię.

-Tylko niech pan nie ucieka!

-Nie ucieknę! Gdzie miałbym uciec?! Chyba, że Bóg będzie tak miły i mnie zabierze do siebie!

Machnąłem ręką, gestem (a idź pan w cholerę). Chciałem pokazać, żeby nie mówił głupstw. Przez chwilę zabłysnęła we mnie żarówka myśli. A jeżeli on nie żartował…

Sięgnąć, dosięgnąć…

„Sięgnąć, dosięgnąć”

Chciałbym krzyknąć, mam na to wielką ochotę, tę ochotę z ochót ochoczo największych. Ochót chmurnych, szybujących, nieuchwytnych. Muszę krzyknąć, ale jak? Tak o, wydrzeć gębę w jakimś politycznym uniesieniu – bez sensu, to nie dla mnie. Krzyk musi być prosto z serca, wyrwać się z duszy poszarpanej. Krzyk musi być oczyszczający. Inaczej nie jest wartością, krzykiem jest zwyczajnym, rzec mógłbym, więc rzeknę iż krzykiem jest tandetnym. Jak to zrobić. Myślę. Mam.

Wydobędę z ziemi naszej, ziarno do tego krzyku. Scalę się z naturą, złącze serce z jej nadzwyczajną siłą z jej sercem ogromniastym. Rozpalam ognisko, niech płomienie wystrzelą wysoko, niech lizną nieba. Może im się uda. Ptasio sięgnąć nieba. Wyrzucam ciuchy, ściągam je z siebie. Wyrzucam te szmaty, uciskające, zasłaniające naszą wolność. Stoję przy brzegu jeziora. Gigantycznej, życiodajnej tafli. Czuję lęk, człowieczy lęk przed przestrzenią. Ręce rozczapierzam, blokuję je na wysokości barków. Stoję tak twarzą w twarz z naturą. Z powiewem chłodzącego wiatru, z blaskiem wielkiej pomarańczy chowającej się dyskretnie za horyzontem drzew. Krzyczę skromnie, wstydliwie. Jeszcze raz. Krzyk wyrywa się ze stóp, przepony, gardła. Rozdziera powietrze. Dłonie zaciskają się w pięści. Ryczę zwierzęco, dziko. Krzycząc wbiegam do naszej matczynej wody. Krzyczę jeszcze głośniej. Przestaje. Uciszam się. Spoglądam na niebo. Udało mi się! Śmieje się w szale jakimś wariackim. Udało mi się! Udało mi się je dosięgnąć!

Udało… mi się dosięgnąć nieba!

Dziwni 9.

9.

“Dla mnie życie to oczy, a każde opuszczenie powiek zbliża nas do śmierci.”

Zapiski z zeszytu autora

“Wesela zazwyczaj są hucznymi, drogimi imprezami. Przy wypełnionych stołach zasiadają rodziny i znajomi ubrani w reprezentacyjne ciuchy. Siadają i wymlaskują jedzenie z misek, siorbią zmrożoną wódkę i przekrzykują się twarzami wysmarowanymi czerwonością. Później czerwoność swoją upuszczają w tańcu. Kręcąc się, tupiąc i dysząc… Tak żyją ludzie”

Dziennik podróżnika międzyplanetarnego 2022 r.

Wesele Ziemka i Katarzyny było skromniutkie, ludzi było około dwudziestu. Głównie znajomi Katarzyny, bowiem ani Katarzyna, ani Ziemowit rodziny swojej nie znali. Los połączył dwie sieroty. Dlatego może ich miłość była taka silna? Nigdy nie doświadczyli miłości nigdy nie zaznali oparcia, aż do poznania siebie. Wybuchnęli oboje jak wulkan, który budzi się do życia. Złączyli się jak zastygnięta lawa – na zawsze.

Kasia siedziała ze szkolnymi koleżankami przy stole. Głównie wspominały szkolne czasy.

– Kaśka, a pamiętasz jak polonistce wysypałyśmy skruszoną kredę na fotel i ona na to usiadła?

– Tak, pamiętam to, chodziła później z białą dupą po korytarzu, a my krzyczałyśmy za nią, “Madonno”. O co chodziło nam z tą Madonną co? – Kasia śmiejąc się dolała koleżance Karolinie wina.

– Kaśka tyle wystarczy, nie lej mi więcej. Nie mogę się upić, jutro po południu muszę zawieść ojca do lekarza.

– O! Mam nadzieję, że to nic poważnego – dołączyła się do rozmowy trzecia koleżanka, Anna.

– Nie, nie. Tylko jakieś kontrolne badania na szczęście.

– Lubiłam Twojego ojca. Dawno go nie widziałam… Co u niego? – Kasia spytała troskliwie.

– On też Cię Kaśka bardzo lubił. Gdybyśmy mieli większe możliwości. Na bank by Cię adoptował. A tak, to wszystko u niego w porządku. Dalej składa modele i dalej rzeźbi figurki z drewna.

– O tak… Pamiętam, zawsze zabierał nas do piwnicy i opowiadał różne ciekawostki na temat figurek lub modeli. Pamiętam jak Anka usiadła na jeden samolot. Ale Anka miałaś wtedy minę. – Kaśka parsknęła śmiechem

– Nic mi nie mów. Prawie się popłakałam. Myślałam, że wyrzuci mnie na kopach z domu. A on tylko uśmiechnął się i powiedział, że dopadło jego model zgrabne działko przeciwlotnicze. – Anna odpowiedziała Kaśce.

– Puściłaś buraka wtedy. Pamiętam – wtrąciła Karolina.

– Anno, ale powiem Ci szczerze, że dalej masz niezłe działko przeciwlotnicze – Kasia klepnęła koleżankę, (która akurat wstała w celu złożenia toastu) w tyłek.

– Proszę wszystkich o uwagę. Chciałabym złożyć toast za młodą parę. Życzyć im…

– Czekaj na mnie Aniu. Już idę. – Ziemek objął Katarzynę w pasie i stanął za nią.

– Dobra. Życzę wam wspaniałych chwil, dużo kasy i dzieci. Proszę was nie zmieniajcie się, bo jesteście super! – Anna uśmiechnęła się szeroko i dodała.

– No to zdrówko!

– Zdrówko!

– Zdrowie!

Kieliszki z winem, szampanem i wódką przechyliły się i wylały swoją zawartość do gardeł, jak jakiś szamański rytuał, który miał przynieść młodym szczęście.

-Kasieńko, pójdę na chwilę do łazienki! Jakoś źle się czuję. Muszę się ochlapać zimną wodą. To chyba przez stres – ucałował Ziemek Katarzynę.

– Dobrze Kochanie. Ja tu zostanę z dziewczynami okej?

– Pewnie. Zaraz wracam.

Ziemowit udał się do łazienki. Ziemowit miał obawy, najgorsze obawy jakie mogły go odwiedzić w dzisiejszym dniu. Wydawało mu się, że te straszne duchy, te obrzydliwe mary, mają zamiar dzisiaj go odwiedzić. W łazience Ziemek stanął przed lustrem, popatrzył na swoją twarz. Jestem szczęśliwy, jestem szczęśliwy powtarzał do siebie jak mantrę, która miała uchronić go przed najgorszym. Proszę! Dajcie mi spokój… Proszę. W lustrzanym odbiciu zobaczył jak z jego nosa, wydostaje się powolutku, mały duszek. Jak przeciska się przez cienką dziurkę, by wyjść na wolność. Ziemek odkręcił szybko zimną wodę i włożył do zlewu głowę. Może to pomoże, pomyślał. Trzymał głowę dość długo, wyciągnął ją i jeszcze raz przejrzał się w lustrze. Nie ma ich! Udało mi się! – cieszył się Ziemek, lecz nie na długo. Nagle poczuł niesamowity ból głowy. Zemdlał… Ocknął się po kilku minutach. Otworzył oczy i zobaczył jak przy suficie kręcą się okropne cienie, syczące duchy. Słyszał ich upiorny śmiech. Chciał wołać Katarzynę na pomoc, lecz na jego ustach wylądował, czerwony okropny duch, nie miał twarzy, tylko wielkie dziury oczodołowe. Proszę! Proszę! Proszę!!! Ziemowit krzyczał w myślach. Latające duchy otworzyły szeroko okno, wpuściły do środka kilka upiorów, które od razu złowieszczo rzucił się na Ziemka. Czuł jakby rozrywały mu mózg, ból był okropny, poczuł smród palonego mięsa. Dwa upiory usiadły na gardle Ziemka i zaczęły go dusić. W oczach Ziemka nie było już walki, tylko łzy. Kasiu, Kochanie, Kasiu, kocham Cię powtarzał. Ostatkami sił poderwał się z podłogi i wyskoczył przez otwarte okno. Sala weselna znajdowała się na piątym piętrze. Ziemek zginął…

Dziewczyny coraz głośniej rozmawiały i coraz głośniej śmiały się z rzeczy niewiadomych, ale tak to już jest z alkoholem, daje nam wiele radości. Anka, Karolina, Małgosia zaczęły śpiewać wraz z orkiestrą. Piszczały, krzyczały, tańczyły. Tylko Kasia jakoś posmutniała, zasępiła się lekko.

-Kaśka wszystko w porządku? – spytała Karolina pochylając się nad przyjaciółką. – Jakoś tak posmutniaałaaś… – zaciągnęła alkoholowo Karolina

– Wszystko w porządku. Tylko Ziemek mówił, że źle się czuję. Poszedł do łazienki i jeszcze nie wrócił. A minęło już z dobre pół godziny. Może powinna pójść zobaczyć co z nim co?

– Pewnie. Idź, idź. Tylko wracaj szybko. Noc poślubna w kiblu, to nienajlepszy pomysł… Mówię Ci…

– A skąd Ty to możesz Karolcia wiedzieć? Przecież nie masz jeszcze męża.

-Ups. W takim razie to była jakaś inna impreza. Bynajmniej seks w łazience to nie najlepszy pomysł. Pamiętaj Kaśka!

– Głupia Karolcia jesteś jak nic! No to lecę do Ziemka. Paa! – Katarzyna udała się w stronę łazienek.

– Pamiętaj noc poślubna w kiblu to gówno! – krzyknęła Karolina za Kasią.

Kasia dla zgrywy pokazała jej środkowy palec.

Katarzyna otworzyła drzwi do męskiej łazienki i zawołała.

– Ziemek jesteś tutaj?!

– Ziemek!

Nikt się nie odzywał. Poza wodą lecącą z kranu, było zupełnie cicho. Może mnie nie słyszy przez tą wodę – pomyślała Katarzyna. Postanowiła wejść i sprawdzić co się dzieję. Pewnie poszedł do pokoju… Ale to nie pasowało do Ziemka na pewno dałby mi znać, że idzie się położyć…

-Halo! Ziemek?

Dalej cisza. Katarzyna weszła do łazienki. Było okropnie zimno. Okno było szeroko otwarte. Ale najdziwniejsze było to, że na ziemi leżał but Ziemowita. Coś tu się stało – wystraszyła się Katarzyna. Zakręciła wodę. Zapukała do drzwi kibelkowych. Cisza. Ależ tu zimno. Zamknę te cholerne okno – Kasia ze strachu stała się nerwowa. Zobaczyła go, leżącego na ulicy, była pewna, że to on. Oparła się o okno. Krzyk rozdzierający jej serce, usłyszało całe miasto… Koleżanki Katarzyny otrzeźwiały i ruszyły w stronę łazienek. Wiedziały, że wydarzyło się coś złego…

Katarzyna ocknęła się, jej niedowład trwał kilka sekund.

Ziemku Kochanie! Zieemeek! Krzyczała szaleńczo! Coś Ty zrobił najlepszego… Łzy wyrywały się z jej oczu, były naszpikowane żalem, cięły do krwi policzki Katarzynie. Nieeee! Nieeee! Nieeeeee! Katarzyna zrozumiała, że nie przeżyje tej straty, że bez Ziemka nie przeżyje nawet jednego dnia.

Kochanie, idę do Ciebie. Katarzyna wyskoczyła przez okno. Zginęła. Leżeli obok siebie, nieżyjący, zakochani. Krew z ich ciał płynącą po ulicy połączyła się w jedność i zastygła jak wulkaniczna lawa.

******

Po tej tragedii. Następnego dnia kelner palił w tym śmiercionośnym oknie papierosa. Spoglądał na ulicę. Nagle zauważył coś dziwnego. Na ulicy ze świecących drobinek, utworzyło się ogromne zdjęcie. Wyglądało jak wielki hologram. Na zdjęciu tym widać było Pana opierającego się o stodołę, Pan ten przytulał się do uśmiechniętej Pani. A na dole zdjęcia przy nogach dorosłych stało dwoje małych dzieci. Mała białowłosa dziewczyna i czarnowłosy chłopczyk. Uśmiechali się szczęśliwie. Kelner pomyślał, że to zdjęcie przedstawia naprawdę szczęśliwą rodzinę. Zgasił papierosa, zamknął okno i wrócił do pracy…

Koniec.

Dziwni 8

8.

Miłość jest jak sztuka wystawiana na deskach teatru, jak spektakl, odmieniający Cię na lepsze. Czujesz gęsie wybrzuszenia na skórze, czujesz jak aktorzy obrzucają Cię wrażliwością. Czujesz jak musuje twoje ciało, jak chłonie, jak elektryzuje, jak cichnie, jak wystrzela, jak trzeszczy, jak rozpada się na cząstki, jak zszywa się w całość. Jak… Jak…Jak…

– Dzisiaj gdzie mnie zabierasz Ziemku? Na jakąś kolację do restauracji? Piękna dzisiaj noc, prawda? Cudownie świecą gwiazdy. O! Zobacz! Tam jest mały wóz, widzisz? – Kasia wskazywała podekscytowana na niebo paluszkiem.

– Tak, tak Kochanie masz rację, niebo jest piękne! Ależ ja kocham świat! Słyszysz Kasiu? Kooocham świat! – Ziemowit szeroko rozstawił ramiona i kręcił się w kółko krzycząc z głową skierowaną ku niebu.

Ziemowit zmienił się odkąd poznał Katarzynę, twarz jego nabrała kolorów i te kolory jakby pomalowały jego dusze. Duchy, mary nawiedzające Ziemowita odeszły na dłuższy czas, zostawiły go w spokoju. Taką miał Ziemek bynajmniej nadzieję. Ziemowit tryskał energią, zachowywał się jakby powstał z grobu. Od poznania Katarzyny łapał życie garściami i pchał je do buzi, by wyżuć z niego co najlepsze. Wyciumkać z niego najlepszy smak.

– Kasiu? Zatańczymy? – Ziemowit właściwie spytał czysto retorycznie, zaczepiająco. Już miał dłonie Katarzyny splecione w swoje dłonie. Już kręcili się w rytm jakiejś muzyki nieznanej, jakiejś tajemniczej, hipnotycznej. Znanej tylko tej dwójce. Obracali się, tupali, kołysali swoje ciała. Ziemia pod ich nogami zaczęła pękać, kruszyć się, zanikać. Ziemia rozbryzła się na miliony świecących cząsteczek. Oni tańczyli na niebie, na tej ogromnej ciemnej przestrzeni. Wyglądali jak dwie świecące gwiazdy.

– Nie wiedziałam, że Ty tak dobrze tańczysz Ziemowicie!

– Szczerze? To ja też nie… To był mój pierwszy taniec w życiu.

– Gdzie Ty się uchowałeś Kochanie? – Katarzyna czule pstryknęła Ziemka w nos.

– Wyszedłem z obrazu. Jestem nie z tego świata. Zaginąłem w jaskini. Wypłynąłem z dna morza. Wybierz Kasiu, która odpowiedź najbardziej pasuje, bo odpowiedź, że po prostu wstydziłem się życia, jest zbyt prostolinijna, zbyt oczywista… – Ziemowit spojrzał na Katarzynę, a w jego spojrzeniu było mnóstwo smutku. Zresztą w Ziemka oczach,smutek szklił się zawsze. Nawet gdy był pełen radości…

– Wybieram, wybieram… dno morza. Zawsze miałam słabość do syren. Dowiem się w końcu gdzie mnie zabierasz na tą randkę Syrenie?

– Chodź za mną, to nie daleko. Powinno Ci się spodobać – Ziemek ruszył biegiem w stronę leśnej drogi.

– Do lasu?! Zgłupiałeś?! Boję się! Ziemeeek! – panicznie wykrzykiwała Katarzyna, ale nie zauważyła, żeby Ziemek się zatrzymywał, więc pobiegła za nim.

– Nic się nie bój! Wszystko przygotowałem! Goń mnie! – Ziemek rzucił przez ramię swoje słowa.

– Dopadnę Cię i skopie Ci tyłek! – Kasia przestała się już bać. Przekomarzała się z Ziemkiem.

Ziemowit zatrzymał się przy wielkim obrośniętym bluszczem, betonowym murze.

– Jesteśmy na miejscu! Daj mi chwilkę tylko poszukam wejścia. Gdzie ono było? – Ziemowit rozrywał jedność bluszczową. Szarpał, łamał, ciągnął te tamujące odnogi. Udało mu się w końcu wyszperać furtkę. Wyjął klucz z kieszeni płaszcza i roztworzył tajemne wejście. Katarzynę minimalistycznie oślepił różowy błysk, który pojawił się w wejściu. Delikatny zapach truskawek rozgościł się w nosku Katarzyny.

-Ziemku? Co tam jest? – wystraszona Katarzyna spytała wskazując palcem w różową przestrzeń.

– Kochanie, nie musisz się bać. Podaj mi rękę. Przejdziemy przez to razem. – Ziemek chwycił dłoń Katarzyny i przeprowadził ją na drugą stronę. Przetransportował ją do jakiejś zaczarowanej krainy, bynajmniej takie Kasia miała wyobrażenie. Było pięknie, kwiaty różnokolorowe zdawały się być wszędzie, to wynurzały się z trawiastej rzeki, to spadały z nieba powoli jak piórko. Na środku łąki stało ogromne drzewo, na tym drzewie znajdowała się drewniana chatka pociągnięta ciemno złotym pędzlem. Dwie miedziane wiewiórki zrzuciły sznurkową drabinkę i szybko ukryły się w dziupli.

-Ziemku czy mógłbyś mi to jakoś wytłumaczyć? Czy na to jest w ogóle jakieś wytłumaczenie?

-Kochanie, a czy to jest ważne? Zapraszam Kasiu do chatki. – Ziemek ukłonił się i w tym ukłonie wskazał na drabinkę.

– Dobrze… Dobrze Ziemku. Już wchodzę.

Chatka miała jeden schludny pokój, który wyglądał jakby był świeżo po remoncie, ściany koloru turkusowego nadawały egzotyczny smaczek. W prawym rogu stało starodawne łóżko. W lewym rogu regały z różnorodną literaturą. Natomiast na środku stał stół z przygotowaną kolacją i palącą się małą świeczką. Cicho przygrywała muzyka klasyczna. Katarzyna nie widziała, żadnego urządzenia z którego mogłaby się wydobywać muzyka. Katarzynią kontemplację przerwał Ziemek

– I jak Kasiu? Podoba Ci się moja skrytka?

– Jest… Jest po prostu piękna… A cóż to za kolacja? Zjemy coś dobrego? – Katarzyna spojrzała głęboko w oczy Ziemowita.

– Tak, zjemy. Kochanie…?

– Tak, Ziemku?

– Bo, bo wiesz… Ja bym chciał, znaczy chciałbym, żebyś żona moją została, znaczy… Czy chciałabyś zostać moją Żoną? – wydukał strachem ogarnięty, swoje pytanie Ziemowit.

W Kasi oczach w ich głębi pojawiło się szczęście.

– TAK! TAKTAKTAKTAKTAK! – rzuciła się Kasia w ramiona Ziemowita.

Starodawne łóżko zaczęło wypełniać całą przestrzeń chatki, wypchało wszystkie niepotrzebne meble przez malutkie okno. Wciągnęło na swój obszar tą zaręczoną, kipiącą pożądaniem parę. Ziemowit z Kasią. Kasia z Ziemowitem. Namiętne pocałunki. Szukające dłonie. Przymglone oczy.

– Kasiu. Kasiu. – szeptał duszony namiętnością Ziemek.

– Taaak Ziemku, o taaak! – Kasia szeptał krzykiem.

Mała chatka rozświetliła się i wybuchnęła pod wpływem głośnego krzyku Katarzyny, pod wpływem kropli potu Ziemowita. Wybuchnęła i jej cząstki rozświetliły się na niebie. Nigdy niebo nie świeciło tak jasno…