Drabiniasta nadzieja.

Rozdział 1

„Chodźcie, zbudujemy sobie miasto i wieżę, której wierzchołek będzie sięgał nieba”

Księga Rodzaju

Witam. Witam was serdecznie. Chciałem podzielić się z wami historią, która przydarzyła mi się kilka lat temu. Historią, która myślę, że mnie zmieniła, zmieniła mnie ze zbitku zwierzęcych mięśni w platońskiego człowieka z duszą. Stałem się człowiekiem, który zaczął się zastanawiać. A to ważna rzecz, umieć się zastanowić. Umieć przystanąć, gdy wszystko pędzi. Palacze muszą się dużo zastanawiać, bo oni bardzo często przystają. Muszą dużo myśleć. Tak mi się wydaje… Przepraszam, jeżeli jestem trochę rozklekotany w stylu pisania, ale niestety mało piszę. To jest moja pierwsza historia. Z języka polskiego miałem same tróje, mimo że lubiłem ten przedmiot. Ze szkołą już chyba tak jest. Dopiero po jej zakończeniu, uświadamiasz sobie, że może jednak warto było się przyłożyć? Tak, tak wiem, że szkoła jest dość segregująca, ale jednak można było… Dobrze. Wracam do historii, która mi się przydarzyła. Mam żonę i dwójkę synów. W ciepłych miesiącach zawsze jeździmy na weekendy na działkę oddaloną od miasta. Mamy tam drewnianą altanę, chłopakom zrobiłem boisko do piłki nożnej. Ta działka to taka nasza ostoja, ucieczka od nie umierającego miasta.

Tamtego weekendu, chłopaki chorowali na ospę wietrzną, więc żona została z nimi w domu, a ja przyjechałem sam. Miałem okazję zreperować dach i pomalować płot. Obudziłem się w sobotę rano. Wyjąłem zimne piwo z lodówki, wyszedłem na taras i wtedy go zobaczyłem… Tak właśnie zaczyna się ta historia. Zapraszam.

-Przepraszam… Czy mógłbym się dowiedzieć co pan tutaj wyprawia z tą rozklekotaną drabiną?

– Próbuje dostać się jak to bywa z drabiną, próbuję panie, dostać się po niej na górę.

– To się rozumie, ale czy pan nie zauważył, że tutaj nie ma miejsca na drabiny. To czysta przestrzeń, zwyczajne pole. Totalna miastowa pustynia. Nie widzisz pan tego?

– Może dla pana, panie jest tutaj miastowa pustynia, dla mnie jest tutaj coś więcej… Zresztą… Proszę mi nie zawracać głowy. Chyba, że może ma pan jakąś niepotrzebną drabinę w altance. Chętnie od pana odkupie. Najlepiej drewnianą – lepiej się je wtedy łączy. Czemu pan się ze mnie śmieje? Przecież żartu żadnego nie opowiedziałem, ani w moim mniemaniu nic śmiesznego nie powiedziałem. Widzę, że dalej pan się śmiejesz… To niegrzeczne. Nie mam nic więcej panu do powiedzenia. Do widzenia…

– Przepraszam pana, ma pan rację, że to niegrzeczne, źle pana oceniłem. Myślałem, że z pana jest jakiś czubek, ale pan masz dumę, więc wnoszę, że czubkiem być pan nie możesz. Czubki raczej moja na bakier z dumą.

– Ha! Jeszcze czego? Czubek?! Panie ja byłem dyrektorem poważnej firmy, firmy poważnej produkcji. Firmy, która niestety upadła, tak jak i ja teraz upadam… Moja biedna Ania…

Dziwny mężczyzna upadł na kolana i zaczął płakać. Strasznie mi się żal zrobiło na widok tego człowieka. Chciałem go jakoś pocieszyć, a nic lepszego nie przyszło mi wtedy do głowy.

-Niech pan wstanie. Przypomniało mi się, że mam w starej altance drewnianą drabinę. Mogę ją panu przynieść.

Zadziałało. Podniósł się z kolan, przetarł ręką twarz by zmyć łzy i nałożyć na nią dumę.

-Dobrze. Chętnie ją od pana kupię. Proszę tu są pieniądze.

Wystawił w moją stronę dwa banknoty z nominałem dwustuzłotowym.

-Nie, proszę schować pieniądze. To i tak stara niepotrzebna drabina. Niech pan tutaj poczeka, już po nią idę.

– Proszę wziąć te pieniądze. Stara, nie stara. Nie chcę jałmużny. Nie jestem żebrakiem. Wiem, że trochę ostatnio się zapuściłem, broda, brudny garnitur, nieświeży oddech. Ale proszę mi uwierzyć, że jestem szanowanym człowiekiem, proszę wziąć pieniądze… Może pan to dla mnie zrobić?

Wyprostował się. Poczułem się jak uczniak, taki bił szacunek z jego twarzy, że miałem ochotę powiedzieć „Tak, psze Pana” pochylić głowę i odejść, ale odpowiedziałem dość szorstko.

-Dobra, da Pan te pieniądze…

Odwróciłem się i poszedłem do altanki po drabinę.

Odchodząc, rzuciłem przez ramię.

-Tylko niech pan nie ucieka!

-Nie ucieknę! Gdzie miałbym uciec?! Chyba, że Bóg będzie tak miły i mnie zabierze do siebie!

Machnąłem ręką, gestem (a idź pan w cholerę). Chciałem pokazać, żeby nie mówił głupstw. Przez chwilę zabłysnęła we mnie żarówka myśli. A jeżeli on nie żartował…

Reklamy

Sięgnąć, dosięgnąć…

„Sięgnąć, dosięgnąć”

Chciałbym krzyknąć, mam na to wielką ochotę, tę ochotę z ochót ochoczo największych. Ochót chmurnych, szybujących, nieuchwytnych. Muszę krzyknąć, ale jak? Tak o, wydrzeć gębę w jakimś politycznym uniesieniu – bez sensu, to nie dla mnie. Krzyk musi być prosto z serca, wyrwać się z duszy poszarpanej. Krzyk musi być oczyszczający. Inaczej nie jest wartością, krzykiem jest zwyczajnym, rzec mógłbym, więc rzeknę iż krzykiem jest tandetnym. Jak to zrobić. Myślę. Mam.

Wydobędę z ziemi naszej, ziarno do tego krzyku. Scalę się z naturą, złącze serce z jej nadzwyczajną siłą z jej sercem ogromniastym. Rozpalam ognisko, niech płomienie wystrzelą wysoko, niech lizną nieba. Może im się uda. Ptasio sięgnąć nieba. Wyrzucam ciuchy, ściągam je z siebie. Wyrzucam te szmaty, uciskające, zasłaniające naszą wolność. Stoję przy brzegu jeziora. Gigantycznej, życiodajnej tafli. Czuję lęk, człowieczy lęk przed przestrzenią. Ręce rozczapierzam, blokuję je na wysokości barków. Stoję tak twarzą w twarz z naturą. Z powiewem chłodzącego wiatru, z blaskiem wielkiej pomarańczy chowającej się dyskretnie za horyzontem drzew. Krzyczę skromnie, wstydliwie. Jeszcze raz. Krzyk wyrywa się ze stóp, przepony, gardła. Rozdziera powietrze. Dłonie zaciskają się w pięści. Ryczę zwierzęco, dziko. Krzycząc wbiegam do naszej matczynej wody. Krzyczę jeszcze głośniej. Przestaje. Uciszam się. Spoglądam na niebo. Udało mi się! Śmieje się w szale jakimś wariackim. Udało mi się! Udało mi się je dosięgnąć!

Udało… mi się dosięgnąć nieba!

Dziwni 9.

9.

“Dla mnie życie to oczy, a każde opuszczenie powiek zbliża nas do śmierci.”

Zapiski z zeszytu autora

“Wesela zazwyczaj są hucznymi, drogimi imprezami. Przy wypełnionych stołach zasiadają rodziny i znajomi ubrani w reprezentacyjne ciuchy. Siadają i wymlaskują jedzenie z misek, siorbią zmrożoną wódkę i przekrzykują się twarzami wysmarowanymi czerwonością. Później czerwoność swoją upuszczają w tańcu. Kręcąc się, tupiąc i dysząc… Tak żyją ludzie”

Dziennik podróżnika międzyplanetarnego 2022 r.

Wesele Ziemka i Katarzyny było skromniutkie, ludzi było około dwudziestu. Głównie znajomi Katarzyny, bowiem ani Katarzyna, ani Ziemowit rodziny swojej nie znali. Los połączył dwie sieroty. Dlatego może ich miłość była taka silna? Nigdy nie doświadczyli miłości nigdy nie zaznali oparcia, aż do poznania siebie. Wybuchnęli oboje jak wulkan, który budzi się do życia. Złączyli się jak zastygnięta lawa – na zawsze.

Kasia siedziała ze szkolnymi koleżankami przy stole. Głównie wspominały szkolne czasy.

– Kaśka, a pamiętasz jak polonistce wysypałyśmy skruszoną kredę na fotel i ona na to usiadła?

– Tak, pamiętam to, chodziła później z białą dupą po korytarzu, a my krzyczałyśmy za nią, “Madonno”. O co chodziło nam z tą Madonną co? – Kasia śmiejąc się dolała koleżance Karolinie wina.

– Kaśka tyle wystarczy, nie lej mi więcej. Nie mogę się upić, jutro po południu muszę zawieść ojca do lekarza.

– O! Mam nadzieję, że to nic poważnego – dołączyła się do rozmowy trzecia koleżanka, Anna.

– Nie, nie. Tylko jakieś kontrolne badania na szczęście.

– Lubiłam Twojego ojca. Dawno go nie widziałam… Co u niego? – Kasia spytała troskliwie.

– On też Cię Kaśka bardzo lubił. Gdybyśmy mieli większe możliwości. Na bank by Cię adoptował. A tak, to wszystko u niego w porządku. Dalej składa modele i dalej rzeźbi figurki z drewna.

– O tak… Pamiętam, zawsze zabierał nas do piwnicy i opowiadał różne ciekawostki na temat figurek lub modeli. Pamiętam jak Anka usiadła na jeden samolot. Ale Anka miałaś wtedy minę. – Kaśka parsknęła śmiechem

– Nic mi nie mów. Prawie się popłakałam. Myślałam, że wyrzuci mnie na kopach z domu. A on tylko uśmiechnął się i powiedział, że dopadło jego model zgrabne działko przeciwlotnicze. – Anna odpowiedziała Kaśce.

– Puściłaś buraka wtedy. Pamiętam – wtrąciła Karolina.

– Anno, ale powiem Ci szczerze, że dalej masz niezłe działko przeciwlotnicze – Kasia klepnęła koleżankę, (która akurat wstała w celu złożenia toastu) w tyłek.

– Proszę wszystkich o uwagę. Chciałabym złożyć toast za młodą parę. Życzyć im…

– Czekaj na mnie Aniu. Już idę. – Ziemek objął Katarzynę w pasie i stanął za nią.

– Dobra. Życzę wam wspaniałych chwil, dużo kasy i dzieci. Proszę was nie zmieniajcie się, bo jesteście super! – Anna uśmiechnęła się szeroko i dodała.

– No to zdrówko!

– Zdrówko!

– Zdrowie!

Kieliszki z winem, szampanem i wódką przechyliły się i wylały swoją zawartość do gardeł, jak jakiś szamański rytuał, który miał przynieść młodym szczęście.

-Kasieńko, pójdę na chwilę do łazienki! Jakoś źle się czuję. Muszę się ochlapać zimną wodą. To chyba przez stres – ucałował Ziemek Katarzynę.

– Dobrze Kochanie. Ja tu zostanę z dziewczynami okej?

– Pewnie. Zaraz wracam.

Ziemowit udał się do łazienki. Ziemowit miał obawy, najgorsze obawy jakie mogły go odwiedzić w dzisiejszym dniu. Wydawało mu się, że te straszne duchy, te obrzydliwe mary, mają zamiar dzisiaj go odwiedzić. W łazience Ziemek stanął przed lustrem, popatrzył na swoją twarz. Jestem szczęśliwy, jestem szczęśliwy powtarzał do siebie jak mantrę, która miała uchronić go przed najgorszym. Proszę! Dajcie mi spokój… Proszę. W lustrzanym odbiciu zobaczył jak z jego nosa, wydostaje się powolutku, mały duszek. Jak przeciska się przez cienką dziurkę, by wyjść na wolność. Ziemek odkręcił szybko zimną wodę i włożył do zlewu głowę. Może to pomoże, pomyślał. Trzymał głowę dość długo, wyciągnął ją i jeszcze raz przejrzał się w lustrze. Nie ma ich! Udało mi się! – cieszył się Ziemek, lecz nie na długo. Nagle poczuł niesamowity ból głowy. Zemdlał… Ocknął się po kilku minutach. Otworzył oczy i zobaczył jak przy suficie kręcą się okropne cienie, syczące duchy. Słyszał ich upiorny śmiech. Chciał wołać Katarzynę na pomoc, lecz na jego ustach wylądował, czerwony okropny duch, nie miał twarzy, tylko wielkie dziury oczodołowe. Proszę! Proszę! Proszę!!! Ziemowit krzyczał w myślach. Latające duchy otworzyły szeroko okno, wpuściły do środka kilka upiorów, które od razu złowieszczo rzucił się na Ziemka. Czuł jakby rozrywały mu mózg, ból był okropny, poczuł smród palonego mięsa. Dwa upiory usiadły na gardle Ziemka i zaczęły go dusić. W oczach Ziemka nie było już walki, tylko łzy. Kasiu, Kochanie, Kasiu, kocham Cię powtarzał. Ostatkami sił poderwał się z podłogi i wyskoczył przez otwarte okno. Sala weselna znajdowała się na piątym piętrze. Ziemek zginął…

Dziewczyny coraz głośniej rozmawiały i coraz głośniej śmiały się z rzeczy niewiadomych, ale tak to już jest z alkoholem, daje nam wiele radości. Anka, Karolina, Małgosia zaczęły śpiewać wraz z orkiestrą. Piszczały, krzyczały, tańczyły. Tylko Kasia jakoś posmutniała, zasępiła się lekko.

-Kaśka wszystko w porządku? – spytała Karolina pochylając się nad przyjaciółką. – Jakoś tak posmutniaałaaś… – zaciągnęła alkoholowo Karolina

– Wszystko w porządku. Tylko Ziemek mówił, że źle się czuję. Poszedł do łazienki i jeszcze nie wrócił. A minęło już z dobre pół godziny. Może powinna pójść zobaczyć co z nim co?

– Pewnie. Idź, idź. Tylko wracaj szybko. Noc poślubna w kiblu, to nienajlepszy pomysł… Mówię Ci…

– A skąd Ty to możesz Karolcia wiedzieć? Przecież nie masz jeszcze męża.

-Ups. W takim razie to była jakaś inna impreza. Bynajmniej seks w łazience to nie najlepszy pomysł. Pamiętaj Kaśka!

– Głupia Karolcia jesteś jak nic! No to lecę do Ziemka. Paa! – Katarzyna udała się w stronę łazienek.

– Pamiętaj noc poślubna w kiblu to gówno! – krzyknęła Karolina za Kasią.

Kasia dla zgrywy pokazała jej środkowy palec.

Katarzyna otworzyła drzwi do męskiej łazienki i zawołała.

– Ziemek jesteś tutaj?!

– Ziemek!

Nikt się nie odzywał. Poza wodą lecącą z kranu, było zupełnie cicho. Może mnie nie słyszy przez tą wodę – pomyślała Katarzyna. Postanowiła wejść i sprawdzić co się dzieję. Pewnie poszedł do pokoju… Ale to nie pasowało do Ziemka na pewno dałby mi znać, że idzie się położyć…

-Halo! Ziemek?

Dalej cisza. Katarzyna weszła do łazienki. Było okropnie zimno. Okno było szeroko otwarte. Ale najdziwniejsze było to, że na ziemi leżał but Ziemowita. Coś tu się stało – wystraszyła się Katarzyna. Zakręciła wodę. Zapukała do drzwi kibelkowych. Cisza. Ależ tu zimno. Zamknę te cholerne okno – Kasia ze strachu stała się nerwowa. Zobaczyła go, leżącego na ulicy, była pewna, że to on. Oparła się o okno. Krzyk rozdzierający jej serce, usłyszało całe miasto… Koleżanki Katarzyny otrzeźwiały i ruszyły w stronę łazienek. Wiedziały, że wydarzyło się coś złego…

Katarzyna ocknęła się, jej niedowład trwał kilka sekund.

Ziemku Kochanie! Zieemeek! Krzyczała szaleńczo! Coś Ty zrobił najlepszego… Łzy wyrywały się z jej oczu, były naszpikowane żalem, cięły do krwi policzki Katarzynie. Nieeee! Nieeee! Nieeeeee! Katarzyna zrozumiała, że nie przeżyje tej straty, że bez Ziemka nie przeżyje nawet jednego dnia.

Kochanie, idę do Ciebie. Katarzyna wyskoczyła przez okno. Zginęła. Leżeli obok siebie, nieżyjący, zakochani. Krew z ich ciał płynącą po ulicy połączyła się w jedność i zastygła jak wulkaniczna lawa.

******

Po tej tragedii. Następnego dnia kelner palił w tym śmiercionośnym oknie papierosa. Spoglądał na ulicę. Nagle zauważył coś dziwnego. Na ulicy ze świecących drobinek, utworzyło się ogromne zdjęcie. Wyglądało jak wielki hologram. Na zdjęciu tym widać było Pana opierającego się o stodołę, Pan ten przytulał się do uśmiechniętej Pani. A na dole zdjęcia przy nogach dorosłych stało dwoje małych dzieci. Mała białowłosa dziewczyna i czarnowłosy chłopczyk. Uśmiechali się szczęśliwie. Kelner pomyślał, że to zdjęcie przedstawia naprawdę szczęśliwą rodzinę. Zgasił papierosa, zamknął okno i wrócił do pracy…

Koniec.

Dziwni 8

8.

Miłość jest jak sztuka wystawiana na deskach teatru, jak spektakl, odmieniający Cię na lepsze. Czujesz gęsie wybrzuszenia na skórze, czujesz jak aktorzy obrzucają Cię wrażliwością. Czujesz jak musuje twoje ciało, jak chłonie, jak elektryzuje, jak cichnie, jak wystrzela, jak trzeszczy, jak rozpada się na cząstki, jak zszywa się w całość. Jak… Jak…Jak…

– Dzisiaj gdzie mnie zabierasz Ziemku? Na jakąś kolację do restauracji? Piękna dzisiaj noc, prawda? Cudownie świecą gwiazdy. O! Zobacz! Tam jest mały wóz, widzisz? – Kasia wskazywała podekscytowana na niebo paluszkiem.

– Tak, tak Kochanie masz rację, niebo jest piękne! Ależ ja kocham świat! Słyszysz Kasiu? Kooocham świat! – Ziemowit szeroko rozstawił ramiona i kręcił się w kółko krzycząc z głową skierowaną ku niebu.

Ziemowit zmienił się odkąd poznał Katarzynę, twarz jego nabrała kolorów i te kolory jakby pomalowały jego dusze. Duchy, mary nawiedzające Ziemowita odeszły na dłuższy czas, zostawiły go w spokoju. Taką miał Ziemek bynajmniej nadzieję. Ziemowit tryskał energią, zachowywał się jakby powstał z grobu. Od poznania Katarzyny łapał życie garściami i pchał je do buzi, by wyżuć z niego co najlepsze. Wyciumkać z niego najlepszy smak.

– Kasiu? Zatańczymy? – Ziemowit właściwie spytał czysto retorycznie, zaczepiająco. Już miał dłonie Katarzyny splecione w swoje dłonie. Już kręcili się w rytm jakiejś muzyki nieznanej, jakiejś tajemniczej, hipnotycznej. Znanej tylko tej dwójce. Obracali się, tupali, kołysali swoje ciała. Ziemia pod ich nogami zaczęła pękać, kruszyć się, zanikać. Ziemia rozbryzła się na miliony świecących cząsteczek. Oni tańczyli na niebie, na tej ogromnej ciemnej przestrzeni. Wyglądali jak dwie świecące gwiazdy.

– Nie wiedziałam, że Ty tak dobrze tańczysz Ziemowicie!

– Szczerze? To ja też nie… To był mój pierwszy taniec w życiu.

– Gdzie Ty się uchowałeś Kochanie? – Katarzyna czule pstryknęła Ziemka w nos.

– Wyszedłem z obrazu. Jestem nie z tego świata. Zaginąłem w jaskini. Wypłynąłem z dna morza. Wybierz Kasiu, która odpowiedź najbardziej pasuje, bo odpowiedź, że po prostu wstydziłem się życia, jest zbyt prostolinijna, zbyt oczywista… – Ziemowit spojrzał na Katarzynę, a w jego spojrzeniu było mnóstwo smutku. Zresztą w Ziemka oczach,smutek szklił się zawsze. Nawet gdy był pełen radości…

– Wybieram, wybieram… dno morza. Zawsze miałam słabość do syren. Dowiem się w końcu gdzie mnie zabierasz na tą randkę Syrenie?

– Chodź za mną, to nie daleko. Powinno Ci się spodobać – Ziemek ruszył biegiem w stronę leśnej drogi.

– Do lasu?! Zgłupiałeś?! Boję się! Ziemeeek! – panicznie wykrzykiwała Katarzyna, ale nie zauważyła, żeby Ziemek się zatrzymywał, więc pobiegła za nim.

– Nic się nie bój! Wszystko przygotowałem! Goń mnie! – Ziemek rzucił przez ramię swoje słowa.

– Dopadnę Cię i skopie Ci tyłek! – Kasia przestała się już bać. Przekomarzała się z Ziemkiem.

Ziemowit zatrzymał się przy wielkim obrośniętym bluszczem, betonowym murze.

– Jesteśmy na miejscu! Daj mi chwilkę tylko poszukam wejścia. Gdzie ono było? – Ziemowit rozrywał jedność bluszczową. Szarpał, łamał, ciągnął te tamujące odnogi. Udało mu się w końcu wyszperać furtkę. Wyjął klucz z kieszeni płaszcza i roztworzył tajemne wejście. Katarzynę minimalistycznie oślepił różowy błysk, który pojawił się w wejściu. Delikatny zapach truskawek rozgościł się w nosku Katarzyny.

-Ziemku? Co tam jest? – wystraszona Katarzyna spytała wskazując palcem w różową przestrzeń.

– Kochanie, nie musisz się bać. Podaj mi rękę. Przejdziemy przez to razem. – Ziemek chwycił dłoń Katarzyny i przeprowadził ją na drugą stronę. Przetransportował ją do jakiejś zaczarowanej krainy, bynajmniej takie Kasia miała wyobrażenie. Było pięknie, kwiaty różnokolorowe zdawały się być wszędzie, to wynurzały się z trawiastej rzeki, to spadały z nieba powoli jak piórko. Na środku łąki stało ogromne drzewo, na tym drzewie znajdowała się drewniana chatka pociągnięta ciemno złotym pędzlem. Dwie miedziane wiewiórki zrzuciły sznurkową drabinkę i szybko ukryły się w dziupli.

-Ziemku czy mógłbyś mi to jakoś wytłumaczyć? Czy na to jest w ogóle jakieś wytłumaczenie?

-Kochanie, a czy to jest ważne? Zapraszam Kasiu do chatki. – Ziemek ukłonił się i w tym ukłonie wskazał na drabinkę.

– Dobrze… Dobrze Ziemku. Już wchodzę.

Chatka miała jeden schludny pokój, który wyglądał jakby był świeżo po remoncie, ściany koloru turkusowego nadawały egzotyczny smaczek. W prawym rogu stało starodawne łóżko. W lewym rogu regały z różnorodną literaturą. Natomiast na środku stał stół z przygotowaną kolacją i palącą się małą świeczką. Cicho przygrywała muzyka klasyczna. Katarzyna nie widziała, żadnego urządzenia z którego mogłaby się wydobywać muzyka. Katarzynią kontemplację przerwał Ziemek

– I jak Kasiu? Podoba Ci się moja skrytka?

– Jest… Jest po prostu piękna… A cóż to za kolacja? Zjemy coś dobrego? – Katarzyna spojrzała głęboko w oczy Ziemowita.

– Tak, zjemy. Kochanie…?

– Tak, Ziemku?

– Bo, bo wiesz… Ja bym chciał, znaczy chciałbym, żebyś żona moją została, znaczy… Czy chciałabyś zostać moją Żoną? – wydukał strachem ogarnięty, swoje pytanie Ziemowit.

W Kasi oczach w ich głębi pojawiło się szczęście.

– TAK! TAKTAKTAKTAKTAK! – rzuciła się Kasia w ramiona Ziemowita.

Starodawne łóżko zaczęło wypełniać całą przestrzeń chatki, wypchało wszystkie niepotrzebne meble przez malutkie okno. Wciągnęło na swój obszar tą zaręczoną, kipiącą pożądaniem parę. Ziemowit z Kasią. Kasia z Ziemowitem. Namiętne pocałunki. Szukające dłonie. Przymglone oczy.

– Kasiu. Kasiu. – szeptał duszony namiętnością Ziemek.

– Taaak Ziemku, o taaak! – Kasia szeptał krzykiem.

Mała chatka rozświetliła się i wybuchnęła pod wpływem głośnego krzyku Katarzyny, pod wpływem kropli potu Ziemowita. Wybuchnęła i jej cząstki rozświetliły się na niebie. Nigdy niebo nie świeciło tak jasno…

Dziwni 7

7.

Sklep spożywczy, godzina 19:45

Katarzyna szykuję się do zamknięcia sklepu. Pozamiatała podłogę, umyła ją i poszła na zaplecze się przebrać. Schowała do szafki fartuszek. Zerknęła na biały strudzony latami zegarek wiszący nad drzwiami. Zostało pięć minut do godziny kończącej funkcjonowanie sklepu. Katarzyna stanęła przy kasie fiskalnej i czekała… Ostatnie minuty w sklepie spożywczym najtrudniej przebrnąć, ludzie uwielbiają, wręcz zwierzęco pożądają przychodzić na ostatnią chwilę. W domach przed zamknięciem sklepu wybuchają małe lękowe bomby. Ludzie krzyczą na siebie, nerwowo gestykulując rękoma. Panicznie rozrzucają swój wzrok po szafkach, stołach i lodówkach. Szukają zaginionego grala, rozkopują mgłę zapomnienia… Nagle mgła ustępuje i na szafce koło zapalniczki nie ma papierosów. W drewnianym chlebaku obok nic nieznaczących okruszek, nie ma chleba. Na parapecie kołysze się pusta butelka po jakimś smacznym piciu. W tej właśnie chwili rozpoczyna się wyścig o życie. Jakaś bluza, jakieś klapki. Chaotyczne dźwięki odbijanych klapek od schodów klatczynych. Ostatnia prosta… Uda się… Jeszcze dwie minuty. Udało się.

Katarzyna spogląda na zegarek. Dwie minuty. Dzwonek wyklepuje swój dźwięk powiadamiający o przyjściu zapominalskiego klienta. Katarzyna zna tego Pana, to sąsiad świętej pamięci pani Hydrantowej. Kasia słyszała, że jest bardzo wścibski, ale fizjonomie ma dość miłą. Kasia wita się z Panem.

-Dobry wieczór

-Dobry wieczór panienko… Dobry wieczór – odpowiedział, grzebiąc kościstą dłonią w plastikowej skrzynce z pomidorami.

– Myślałam, że pan tylko czegoś zapomniał. A tu widzę, że szykują się długie zakupy. A ja proszę pana za chwilę zamykam. Dzisiaj mamy otwarte tylko do dwudziestej. – Katarzyna lekko podniesionym głosem zwróciła się do Pana, nie ze złości czy irytacji. Po prostu instynktownie pomyślał, że Pan może mieć problem ze słuchem.

-Nie interesuj się! I proszę ciszej! Nie musi panienka krzyczeć. Nie jestem jeszcze głuchy… Ale, widzę, że ma panienka z czego krzyknąć – przy ostatnich słowach zaśmiał się lekko. Katarzyna zarumieniła się.

– Kawalera to już panienka jakiegoś ma? – dodał Pan

– Tak, tak. Mam – z dumą odpowiedziała Katarzyna

– To ma szczęście ten kawaler, gdybym tylko był młodszy dziewczyno, “Gdybym był młodszy, dziewczyno, Gdybym był młodszy! Piłbym, ach, wtenczas, nie wino, Lecz spojrzeń twoich najsłodszy, Nektar, dziewczyno!” – Pan trzymając się za serce, mówił do Kasi wierszem.

– Pięknie Pan to powiedział. Sam Pan to ułożył? Czy to z jakiegoś wiersza? Pan też uczył języka polskiego w szkole jak pani Hydrantowa? – wyrzuciła wszystko z siebie Kasia jednym tchem, jakby tą szybkością odpowiedzi chciała wyrzucić z siebie wzruszenie.

– Tak, ma panienka rację, słowa bardzo piękne. Kiedyś bardzo lubiłem czytać wiersze… A to jest cytat z wiersza Adama Asnyka, tylko nie mogę sobie teraz przypomnieć tytułu. Człowiek stary, to i problemy z pamięcią. A do tej wyrodnej matki Hydrantowej proszę mnie nie porównywać… Gówno tam ona, a nie polonistka! – skwitował ordynarnie Pan.

Kasia się obruszyła na dźwięk tych słów. Jak on tak mógł o pani Hydrantowej. Jakoś Katarzynie znów w infantylnej główce gorąco się zrobiło, jakieś myśli znów ją naszły, jakieś zwątpienie w dobroć ludzi. Katarzyna chciała się dowiedzieć cóż to pani Hydrantowa zrobiła temu człowiekowi, że tak ostro się wypowiedział na jej temat. Spytała, więc Pana.

-Nie podoba mi się, że Pan tak o pani Hydrantowej brzydko powiedział. Co ona Panu takiego zrobiła, co?

– Mi osobiście nic złego nie zrobiła. Ale niezłe z niej ziółko było ze dwadzieścia lat temu… Dużo by opowiadać, ale panienka się piekliła, że już zamykać chcę…

-Może Pan opowiedzieć, chętnie posłucham. Troszkę później zamknę, nic się nie stanie. – Katarzyna spojrzała na zegarek było już dziesięć po dwudziestej, ale nie spieszyło jej się dzisiaj do domu. Z Ziemkiem też dzisiaj się nie zobaczy, bo Ziemek poszedł na nocną zmianę do pracy. Westchnęła Katarzyna z tęsknoty.

-No to jak opowie Pan? – spytała retorycznie Kasia.

– Tak panienko, opowiem. A więc, Hydrantowa nie mieszkała całego życia w tym mieście. Tutaj przeprowadziła się z kilka lat temu, nie pamiętam dokładnie ile… hmmm… sześć… pięć… Dobra, zostawmy to, to jest nieważne. – Pan machnął ręka i kontynuował dalej swój plotkarski wywód. – Przyjęła się tutaj do pracy, jako nauczycielka polskiego. Pracowała tutaj na pół etatu, a dorabiała sobie dając dzieciakom korki. Hydrantową znałem od dziecka… Była to moja, że tak powiem, koleżanka. Z jej mężem przyjaźniłem się od wojska. Długo starali się o dzieci. Hydrantowa bardzo chciała zostać matką. Udało im się dopiero gdy mieli czterdzieści lat. Wtedy zdarzył się ten cholerny wypadek. Stefan spadł ze schodów i się zabił. Kurwa mać… to było straszne. Hydrantowa urodziła bliźniaki, chłopca i dziewczynkę. Nie potrafiła się otrząsnąć po śmierci Stefana, zaczęła pić bardzo dużo wódki. Próbowałem jej pomóc, ale ona piła coraz więcej. Dziećmi zajmowała się jej matka, ale po roku matka dostała udaru i nie mogła zajmować się dziećmi. Wtedy właśnie znienawidziłem Hydrantową, bo ona już nie podniosła się z tego rynsztoku wódkowego. Straciła pracę, dzieci jej odebrali, bo w ogóle się nimi nie zajmowała. Znienawidziłem jej za te dzieci właśnie, że oddała je do domu dziecka, za to, że zniszczyła tym biednym dzieciom życie. A przecież to były dzieci mojego przyjaciela. Później Hydrantowa zniknęła, właściwie nikt nie wiedział co się z nią stało. Myślałem nawet, że umarła. Po kilku latach, gdy szykowałem się do przeprowadzki. Zadzwonił do mnie telefon. Odebrałem. To była Hydrantowa. Dzwoniła powiedzieć, że już wyzdrowiała, że wyleczyli ją. Przeprosiła mnie. O dzieciach nie chciała słyszeć. Rzuciłem, więc słuchawkę. Później okazało się, że będziemy mieszkać koło siebie. Tu miałem dopiero pecha. Dlatego właśnie panienko tak o niej mówię, bo nie potrafię zrozumieć jak można zostawić swoje dzieci… Tyle. To cała historia o Hydrantowej.

Katarzyna poczuła się jakby ktoś wyszarpał jej serce. Zaczęła płakać, łzami rzewnymi.

-Dlaczego panienka płacze? Proszę przestać! – Pan położył kościstą dłoń na dłoni Kasi, by okazać jej współczucie.

-Mnie też rodzice zostawili jak byłam mała. Wychowałam się w domu dziecka!

Katarzyna zaczęła płakać na dobre, odwiedziły ją wszystkie złe wspomnienia. Płakała samotnie… Pan nie mógł jej pomóc w żaden sposób, więc po cichu opuścił sklep spożywczy i udał się w przygnębieniu do domu.

Dziwni 6

6.

“Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe,
zniknie to, co jest tylko częściowe.”

W czasach dzisiejszych miłość romantyczna jakby ucichła, jakby wymarła, rzec by można było, że dinozaurowo wyginęła. A czym zostało spowodowane owe wyginięcie? Szybkością życia? Lenistwem? Nowoczesnością? Coś spowodowało, że romantyczna miłość przestała być czymś wartościowym. W sklepie spożywczym właśnie nastąpił cud, bo miłość romantyczna się ukazała, jak pierwsza świąteczna gwiazda. Ukazała się w postaci załączonych ciał Katarzyny i Ziemowita. Ukazała się w postaci szekspirowskiej rzeźby miłości. Ludzie czekający na obsługę w sklepie, zaczęli rozdzielać tą pomnikowatą miłość. Pluli, kopali, rzucali kamieniami, a jeden śmiałek przyniósł nawet do sklepu młot i tym młotem próbował rozbić coś co nie powinno istnieć. Tłukł młotem zacięcie, brał głębokie zamachy, wymachy i walił, jakby widział tam swoje młodzieńcze odbicie, jakby nie chciał wspominać. Miłość potrafi góry przenosić, więc nie ugięła się pod ciosami ciężkiego młota. Młodzi sami postanowili chwilowo odpocząć, złapać troszkę tlenu. W sklepie było około dziesięcioro osób. Wszyscy słuchali i przyglądali się parze. Cała scena wyglądała dość teatralnie. Panie trzymały ręce na piersiach i wzdychały. A panowie spoglądali zobojętniałym wzorkiem, ale w ich zobojętnieniu widać było szczyptkę sztuczności. Najchętniej też ręce skierowali by w stronę piersi i wzdychali. A później zmrożoną wódką utopili tego karalucha tęsknoty, by nie wałęsał się, po ich przykrywce wrażliwości, tak zwanej twierdzy męskości, którą budowali tyle lat.

Ziemowit spojrzał na Katarzynę.

-Kasiu, o której kończysz pracę?

-O 15:00

– Przyjdę, po Ciebie… Dobrze?

-Dobrze Ziemku – Katarzyna odpowiedziała bardzo delikatnie.

– To ja już pójdę. Klienci czekają.

-Dobrze, Ziemku, dobrze. Przyjdziesz prawda? – upewniła się jeszcze Katarzyna.

-Tak, Kasiu. Będę na pewno.

-To, pa…

-Pa…

Ludzie zaczęli się kręcić, zgłaszać pretensję, jeszcze chwila i z całej tej paplaniny wyjdzie, że zaczną żądać zwrotu pieniędzy za bilety, które nie istniały. To tyle czasu czekali, a tu taki przyziemny dialog. Do dupy, do dupy, gadali pod nosem. To ma być sztuka? Do dupy z taką sztuką… Narzekali jeszcze kilka chwil i wyszli z wyimaginowanej sceny, by prosić Katarzynę o produkty spożywcze. Nikt z klientów nie pamiętał już miłości romantycznej…

Ziemowit zjawił się kilka minut przed godziną zakończenia pracy przez Katarzynę. Ręce lekko trzęsły mu się z jakiegoś zdenerwowania, z jakiejś radości ogromnej. Wyglądało jakby motyle miłosne wrzały mu w brzuchu. Katarzyna zamknęła drzwi sklepu na dwa zamki, schowała klucze do kieszeni płaszcza. Ucałowała usta ukochanego i spytała

-To gdzie Ziemku zabierasz mnie na randkę?

Ziemek zobuchowany urodą Katarzyny, stał wpatrzony w nią hipnotycznie z opuszczoną dolną szczęką, z tej otchłani gardłowo – jamowej, zaczęły wylatywać piękne, majestatyczne czerwone motyle. Wszystkie obrazowo zawiesiły się koło głowy Ziemka. Śpiew ich zaczął rozbrzmiewać wśród tych murów wymazanych szarością.

“ Kasiaaa! Kasiaaa! Kasiaaa!

Zjawiskowe masz oczy.

Ziemowit się w tobie zauroczył

My! Wrzące Motyle!

Ciebie chcemy na jego dziewczynę!

Oooooo, Kaśka

Oooooo, Kaśka

Zgódź się! Zgódź! Oo oo oo o…”

Motyle z powrotem wróciły do swojego brzusznego domu, zamykając szczękowe drzwi. Ziemowit ocknął się z hipnotycznego snu, zamrugał kilka razy. Przetarł oczy.

-Kasiu… Przepraszam za chwilową nieobecność, ale tak Ci ładnie w tym szarym płaszczyku, że zamurowało mnie doszczętnie. Kasiu… Czy zechcesz ze mną pójść na randkę nad tą ogromną kałużę, która znajduje się tuż za tym żywopłotem? – Ziemowit wskazał na żywopłot z grabu znajdujący się od nich zaledwie o parędziesiąt metrów. Ziemowit, przez tremę obejmującą sznurowato jego ciało, był strasznie spięty.

– Oczywiście, że skorzystam z zaproszenia Ziemku. Możesz opuścić już tą rękę? – Kasia zaśmiała się wskazując na rękę Ziemka.

– Nie musisz być taki spięty. – dodała.

– Dobrze Kasiu, dobrze, już się poprawiam. No to chodźmy!

Kasia złapała Ziemka za dłoń i poszli w stronę swojej pierwszej randki. W stronę swoich marzeń i nadziei. W stronę miłości…

W malutką chwilę doszli do ogromnej kałuży, która pozostałością była po porannej ulewie deszczowej. Chmury już rozjaśniły swoje barwy, ale wiatr nadal pchał je dość cholerycznie. To wyciszał się, to huczał na całe gardło. Katarzyna zatrzymała się tuż nad kałużą, zobaczyła swoje odbicie.

-I co Ziemku jest tutaj takiego ciekawego? – spytała z dozą ciekawości w głosie.

Ziemowit pochylił się i wziął z drogi kilka żółtych jesiennych liści.

-Proszę Kasiu weź te dwa – podał Kasi dwa liście flipo-flapowe. Jeden duży, drugi mały.

– Teraz wbij ten mniejszy w ten większy. Tak powstanie łódka. Zrobimy wyścigi – kontynuował podekscytowany Ziemowit.

Katarzynie spodobał się ten pomysł, szybko wykonała polecenie Ziemka. Miała gotową liściastą łódź.

-Co tak się ślimaczysz jak ślimak? Ja już mam gotową! – krzyczała śmiejąc się Katarzyna.

Ziemowit musiał wymienić duży liść, ten wcześniejszy okazał się zbyt dziurawy, by unieść się na powierzchni. Ale i Ziemkowi w końcu udało się uporać z budową łodzi.

-Gotowy! Gotowy! Mój tajfun jest już gotowy do wyścigu – zameldował Ziemek.

– To co? Zaczynamy? Czy wymiękasz Tajfunie? – śmiała się Katarzyna

– Ani mi się śni wymiękać! Zaczynamy!

Puścili w ruch swoje żółtawe łódki uzależnione od działania wiatru. Sunęły zatracone w swoim celu. Kołysały się, poddane żywiołowi. Katarzyna krzyczała. Ziemowit biegał wokół ogromnej kałuży, dopingując Tajfuna.

-Dawaj Tajfun! Dawaj! – wykrzykiwał.

Niestety Tajfun zaczął nabierać wody i poszedł na uliczne dno. Katarzyna śmiała się dźwięcznie, szczerze i co najważniejsze szczęśliwie. Katarzyna usiadła na ulicy, cały czas się śmiejąc. Za jej plecami ściany szarych bloków słysząc jej śmiech, zmieniały się w ściany kolorowe. Zielone, pomarańczowe, niebieskie i różowe. Śmiała się Katarzyna, odmieniając swoim szczęściem świat.

Brak

Czarne książki z białymi napisami, leżały u jego stóp. On kołysankę nucił pod nosem, kołysząc się na boki. Zatykał uszy delikatnymi dłońmi. Czarne książki kartkowały się samoistnie. On wciąż kołysankową wymrukiwał melodie… Cały pokój obrośnięty był czarnymi kwiatami. Czarne motyle trzepotały smutnie skrzydłami. Czarne pszczoły zapylały czarne wnętrza kwiatów. Owady były bezoczne. Usiadła obok niego postać konturowa, bez człowieczego ciała. Książki kartkowały się coraz szybciej, tworząc chłodny powiew. On skromnie ułożył głowę na konturowych kolanach. Zapłakał. On przestał nucić, ale kołysankę, wciąż było słychać. Teraz to była piękna kołysanka śpiewana kobiecym głosem, głosem wydobywającym się z rysikowych konturów ust. Melodyjna, usypiająca… Czarne motyle, czarne pszczoły i czarne kwiaty przemieniły się w tiulowy, czarny koc, którym konturowa postać przykryła chłopca leżącego na jej kolanach. Kołysanka dobiegła końca. Kartki książek przyspieszyły, powiew stał się mroźny. Konturowa postać zaczęła zanikać. Kartki od pędu wyrwały się z książek i latały po pokoju. Rysikowa postać złączyła się w jedność z mroźnym powiewem. Książki się uspokoiły. Zamknęły swoje ciężkie, czarne okładki. Cała czerń uleciała z małego pokoju. Został tylko leżący chłopiec, którego czarne łzy znaczyły białą poszewkę poduszki. Został tylko leżący chłopiec, którego usta mamrotały “Mamusiu… Mamusiu…”.